Moi ulubieni architekci

HHF, czyli trzech architektów ze Szwajcarii

2017-05-22

Projektują domy, magazyny, budynki użytkowe. Zajmują się także wzornictwem – na przykład meblami, wieszakami czy lampami. Dwóch panów H i jeden F – czyli Tilo Herlach, Simon Hartmann oraz Simon Frommenwiler założyło w 2003 r. firmę, którą nazwali HHF. Co oczywiste, skrót pochodzi od pierwszych liter ich nazwisk.

Siedzibą biura jest szwajcarska Bazylea, ale realizuje ono zlecenia na całym świecie – w Europie, Chinach oraz Ameryce Północnej. Jak większość współczesnych architektów, HHF podejmuje się projektowania nowych budynków, ale nie stroni od przeróbek i adaptacji istniejących od lat domów, biur czy hal magazynowych.

Najlepszą wizytówką w tej ostatniej dziedzinie jest siedziba HHF, czyli dawna hala produkcyjna fabryki lodów w Bazylei. Architekci zachowali elementy konstrukcyjne, charakterystyczne dla budynku użytkowego – na przykład szerokie wejście. Unikalną cechą jest witryna, podobna do wystawy sklepowej, zachowana przy wejściu, z biurkiem, krzesłami, zdjęciami oraz kilkoma makietami projektów HHF architects. Do środka prowadzą wypolerowane na gładko stalowe, chromowane drzwi, które działają jak lustro, choć dwa lustra umieszczono także po bokach. W środku industrialny open – space, czyli otwarta przestrzeń do pracy, jest także kącik relaksu i pomieszczenie kuchenne. O przemysłowej przeszłości przypominają belki stropowe oraz płytki ścienne sprzed lat, zachowane na ścianach.

Jeszcze okazalej niż siedziba HHF wygląda kamienica, przebudowana przez architektów w Bazylei, przy Lichtstrasse. Zadanie było trudne – należało stworzyć nowy budynek, przylegający do starej zabudowy szeregowej. Uwagę przyciąga przede wszystkim elewacja, składająca się z okien i balkonów o nieregularnym kształcie, częściowo wystającym poza obrys budynku. Na dodatek mają one metalowe barierki z pionowo umieszczonymi listwami. Wykorzystano je także do obłożenia frontowej ściany i to w taki sposób, że zachodzą częściowo na dach. Całość sprawia ultranowoczesne wrażenie, ale nie kłóci się z sąsiednimi, bardzo tradycyjnymi domami.

HHF architects to również twórcy serii nowoczesnych domków, opatrzonych literami H, C czy D. Ten ostatni powstał niedaleko Bazylei, na zboczu, wśród drzew owocowych. Najciekawszym elementem konstrukcji jest parter, składający się ze słupów nośnych, otoczonych szklanymi ścianami. Kolejna kondygnacja wykonana jest już tradycyjnie, z drewnianych ścian, w których umieszczono okna oraz przykryto dwuspadowym dachem. Najniższa kondygnacja spoczywa częściowo w gruncie, ponieważ wynika to z ukształtowania terenu. Zleceniodawca za wszelką cenę chciał mieć możliwość podziwiania sadu owocowego, rozciągającego się wokół, stąd właśnie nietypowy kształt budynku. Z oddali wygląda to jakby ktoś ustawił normalny dom na kilkumetrowej wysokości słupach.

Rozwinięciem tej koncepcji jest dom H, powstały kilka lat później. Tu także mamy do czynienia z lokalizacją na zboczu, ale budynek jest nieco większy, ponieważ pełni rolę domu dla pięcio – osobowej rodziny. Słupy nośne, tworzące parter, zostały bardziej zamaskowane w bryle, dlatego H nie wygląda już tak karykaturalnie jak jego starszy brat, a jednocześnie zapewnia tak samo wyjątkowy widok na okolicę.

rob
na zdjęciu Lichstrasse, autor Tom Bisig, źródło archello.com

Roger Zogolowitch architekt i deweloper

2017-04-17

Architekt, deweloper, biznesmen… Bohater dzisiejszego tekstu z powodzeniem łączy wszystkie te role. Głównym miejscem działalności Rogora Zogolovitcha jest Londyn, zaś specjalnością – odnajdywanie miejsc, gdzie znajdują się luki w zabudowie czy puste place, nadające się do postawienia tam domów.

„Nigdy nie pracowałem dla kogoś. Już na studiach zajmowałem się projektowaniem wnętrz sklepowych, potem z trójką kolegów założyliśmy biuro architektoniczne” – mówi siedemdziesięcioletni obecnie Zologovitch w wywiadzie dla portalu Archipreneur Insights! Biuro powstało w 1975 r. i nazywało się CZGW, od pierwszych liter nazwisk założycieli.

Po niecałych 10 latach działalności Zologovitch uznał, że oprócz architektury interesuje go jeszcze deweloperka. Za zebrane pieniądze kupił warsztat razem z niewielką działką w niezbyt ciekawej okolicy w Bansbury w północnym Londynie i zaprojektował tam trzy niewielkie, szeregowe domki. Po ich sprzedaży zdobył pieniądze na przejęcie kolejnej nieruchomości, tym razem starego kina przy Ladbroke Grove, które zostało przerobione na kilkanaście pracowni artystycznych. I tak zaczęła się jego kariera architektoniczno – deweloperska, która zaowocowała powstaniem wielu budynków w najdziwniejszych lokalizacjach.

”Jeśli działka jest mała albo nieregularna, rośnie na niej drzewo lub przylega do linii kolejowej, to dla mnie wyzwanie i inspiracja. Trudne warunki pomagają dobrej architekturze” – dodaje Zogolovitch we wspomnianym wywiadzie.

W 2003 r. powstaje Solidspace, aktualna firma brytyjskiego projektanta. Zogolovitch stworzył ją z synem, Gusem i kilkunastu współpracownikami. Mottem biura jest projektowanie niewielkich domów, które zdaniem architekta najlepiej sprawdzają się we współczesnych miastach. Biuro postuluje także wspieranie przez władze małych przedsiębiorstw budowlanych, zamiast wielkich firm, zajmujących się budownictwem na masową skalę.

Przestrzeń, światło i indywidualny charakter. To trzy cechy, jakie brytyjski projektant uważa za najważniejsze we wszystkich swoich dziełach. Zogolovitch jest twórcą oryginalnej koncepcji, polegającej na przesunięciu poszczególnych kondygnacji domu o pół piętra i połączeniu ich schodami. Na najniższym poziomie znajduje się pokój dzienny, czy jak kto woli, salon. Środkowy to kuchnia z jadalnią, a najwyższy – pomieszczenie do pracy. Wszystko razem tworzy otwartą przestrzeń i robi wrażenie przestronności.

Architekt jest także autorem książki, zatytułowanej „Czy nie powinniśmy być deweloperami?” (tytuł w wolnym tłumaczeniu z języka angielskiego) „Potrzebujemy więcej domów. Potrzeba nam więcej przestrzeni. Potrzebujemy większej wyobraźni, by uwolnić miejsca, w których możemy budować” – to fragmenty z okładki. Zogolovitch chciałby, by za budowę domów w Londynie brali się ludzie nie związani z branżą, po prostu prywatni inwestorzy.

Jednocześnie Zogolovitch broni kontrowersyjnych sądów Patricka Schumachera, dyrektora słynnego biura architektonicznego Zahy Hadid. Schumacher opowiedział się za zniesieniem wszelkich barier, utrudniających działalność firm budowlanych, wstrzymaniem budownictwa komunalnego i sprzedażą developerom atrakcyjnych gruntów miejskich. Zdaniem Zogolovitcha, poglądy Schumachera, choć kontrowersyjne, są generalnie słuszne, bo działalność firm budowlanych utrudniają skomplikowane przepisy.

rob
na zdj. Zog House, płn - zach.Londyn, fot. James Brittain

DX architects

2017-03-28

Wymyślić nazwę dla własnej firmy to zadanie niełatwe. Można posłużyć się nazwiskiem, można także użyć skrótu literowego. Oba sposoby mają zalety i wady. W początkowej fazie działania nazwisko niewiele mówi, za to kiedy firma jest popularna, staje się jednocześnie znakiem rozpoznawczym i marką. Skrót może być znacznie bardziej chwytliwy, ale nie ujawnia, kto się za nim kryje.

Twórcy australijskiego biura projektowego postawili na ten drugi sposób. Na ich stronie internetowej nie można nawet znaleźć składu osobowego pracowni. Za to DX architects może pochwalić się udanymi realizacjami, głównie domów oraz prestiżowymi wyróżnieniami.

Styl architektów z Richmond jest na wskroś nowoczesny, projektują budynki, składające się z mieszaniny betonu, szkła i stali. Konstrukcja ścian zawiera elementy aluminiowe i ogromne szklane tafle, podobnie jak dach. Z kolei schody mogą być częścią wnętrza, ale równie dobrze mogą znajdować się poza głównym obrysem domu.

Według takiej receptury powstał dom o trudnej do zapisania i wymówienia, przynajmniej dla nas, nazwie „Blairgowrie”. Tak naprawdę to przeróbka domku plażowego, znajdującego się na półwyspie Mornington, położonego na wschód od Melbourne. Właściciele chcieli go powiększyć w kierunku zbocza, stromo opadającego na brzeg morza. W wygospodarowanych dzięki temu pomieszczeniach znalazł się salon oraz sypialnie. Planując przebudowę, materiały dobrano tak, by ich barwy odpowiadały otoczeniu – skałom, roślinności, kamiennej morskiej plaży. Ściany i mury, oddzielające poszczególne strefy budynku, powstały z betonu szarego koloru, podobnie szary jest podjazd przed domem. Ściany wyłożono panelami barwy brązu, ciemno – brązowe są ramy okienne. Nad zboczem ulokowano taras. Kuchnia to marzenie każdego miłośnika stylu z Ikei, tworzą ją szafki koloru białego, ukrywające swoją zawartość, pośrodku znajduje się wyspa ze zlewozmywakiem, a jedynym odróżniającym się elementem jest dwu - segmentowa lodówka.

Bardzo ciekawie wygląda przebudowa domu przy James Street w Richmond. DX Architects wzięli na warsztat budynek magazynowy z lat 80. i w salonie umieścili dwupoziomową, stalową kratownicę, której dolna część tworzy balkon, górna natomiast coś w rodzaju ażurowego tarasu nad całym salonem i kuchnią. Na ten oryginalny taras prowadzą dwa wejścia z obu końców pomieszczenia, jedno ze wspomnianego balkonu, drugie przez fantazyjne schodki, wijące się przy ścianie. Wnętrze składa się z białych mebli, brązowych paneli ściennych oraz częściowo odsłoniętych ścian z cegieł. Na podłodze leży solidne, dębowe drewno.

Kolejną interesującą realizacją, tym razem na przedmieściach Melbourne, jest budynek biurowo – mieszkalny przy Camberwell Street. W tym przypadku stalowa konstrukcja oddziela część mieszkalną, znajdującą się na tyłach budynku od części frontowej, mieszczącej sklep. Kolejne fazy przebudowy, razem z dokładnymi zdjęciami, można śledzić na blogu architektów, na ich stronie internetowej dxarchitects.com.au.

rob

fot: budynek biurowo – mieszkalny przy Camberwell Street, zdjęcie Lupco Photography.

So – il

2017-03-15

Angielskie słowo „soil”, pisane razem, oznacza „glebę”, ewentualnie „grunt” lub „rolę”. Każde z tych znaczeń odnosi się do rolnictwa, uprawy ziemi, generalnie mozolnej pracy by osiągnąć w końcu pożądany efekt. Ale zaraz zaraz…. Przecież współczesne rolnictwo jest coraz bardziej zmechanizowane, a sceny ciężkiej harówki na roli, znane z reymontowskich Lipiec, już dawno odeszły na polskiej wsi w zapomnienie.

Wszystko to nawet się zgadza, bo tak naprawdę nie chodzi tu dosłownie o termin „soil”, ale „so – il”, czyli skrót od „Solid objectives – Idenburg Liu”. Pierwsze dwa słowa można przełożyć jako „cele stałe”, przy czym przez „cele” rozumiemy zamierzenia i plany. Kolejne wyrazy to nazwiska Holendra oraz Chinki, którzy założyli pracownię architektoniczną So – il.

To mianowicie Florian Idenburg oraz Jing Liu. Oboje są nieprzyzwoicie młodzi jak na architektów, którzy mogą się pochwalić sukcesami zawodowymi. Idenburg urodził się w 1975 r, Liu jest o 5 lat młodsza. Ich firma istnieje od 2008 r. i od początku przypomina pieczołowicie uprawiane poletko, które z czasem przyniosło żądane plony.

Po raz pierwszy głośno o So – il zrobiło się w 2010 r. Pracownia wygrała konkurs dla młodych architektów, ogłoszony przez nowojorskie MoMa, czyli Muzeum Sztuki Nowoczesnej, tworząc instalację o nieco prowokacyjnej nazwie „Taniec na rurze”. Umieszczono ją na dziedzińcu obok siedziby muzeum. Całość składała się z kilkudziesięciu tyczek, na których rozpięto siatkę. Na tyczkach można było wykonywać ewolucje, obok nich ustawiono półkoliste ławki, były tam też kolorowe piłki do wykonywania ćwiczeń. „Taniec na rurze” trudno nazwać architekturą, ale były to czasy ekonomicznego kryzysu, spadku liczby rozpoczynanych inwestycji , co w szczególnie trudnej sytuacji postawiło młode i nieznane jeszcze firmy. Dlatego każde zlecenie, pozwalające pokazać kreatywność, było na wagę złota.

Tak czy inaczej, pierwszy krok został zrobiony. Kolejny to galeria Kukje w Seulu, stolicy Korei Południowej. Dokładnie mówiąc, architekci z So – il zaprojektowali nowy budynek tej galerii. Lekki, biały pawilon mieści galerie, magazyn na eksponaty oraz salę dla 60 widzów. By uzyskać jak największą przestrzeń, twórcy „wyrzucili” na zewnątrz wejścia, schody oraz windy. Całość okryli, podobnie jak nowojorską instalację „Taniec na rurze” lekką, ażurową siatką. Według opisu z internetowej strony architektów, siatkę tworzy ponad pół miliona zespawanych ze sobą pierścieni z nierdzewnej stali.

W tym samym 2012 roku, w którym otwarto nowy budynek galerii Kukje, w Nowym Jorku, na wyspie Randall, między Manhattanem, Bronxem i Queensem pojawiła się długa, biała gąsienica. Tworzyło ją sześć namiotów, ustawionych jeden za drugim i nakrytym wspólnym dachem. W środku mieściły się sale wystawowe Targów Sztuki Frieze, imprezy co roku odbywającej się w Regent Parku w Londynie, a od 2012 r. przeniesionej także za ocean, do USA. Architekci ozdobili stworzoną przez siebie gąsienicę z obu skrajnych stron, opuszczając z dachu do ziemi białe wstęgi. Pomysł przypominał nieco dekorację przydrożnych kapliczek w całej Polsce z okazji nabożeństw majowych, a zdaniem autorów, miał przyciągać i zachęcać odwiedzających.

rob
na zdj. galeria Kukje, Seul, fot. Iwan Baan

Audax

2017-03-07

Śmiały, dzielny, odważny – takie znaczenia w języku polskim ma łacińskie słowo „audax”. Jednocześnie jest to nazwa pracowni architektonicznej z Toronto w Kanadzie. Firma istnieje od 2007 roku i specjalizuje się w projektowaniu luksusowych domów i pomieszczeń biurowych, zajmuje się także adaptacją i modernizowaniem starych budynków.

Audax to dzieło Gianpiero Pugliese, architekta wykształconego w Harvardzie oraz Uniwersytecie Kalifornijskim. Pugliese studiował również wzornictwo w Instytucie Architektury w Wenecji. Oprócz niego w biurze zatrudnionych jest jeszcze dziewięciu architektów i specjalistów od designu.

Jak połączyć dwie sprzeczności – czyli nadać nowy wygląd staremu, ponad stuletniemu domowi, architekci pokazali w przypadku „Bilateral house”, budynku stojącego w Toronto. Zgodnie z wytycznymi miejskich urzędników, front musiał pozostać bez zmian. Dlatego Audax pieczołowicie go zrekonstruował, uzupełniając brakujące cegły w elewacji oraz wykończenia ze stiuku i drewna. Z kolei tył domu został otwarty na ogród, dzięki przeszkleniu znacznej części ścian parteru i pierwszego piętra. Z dolnej kondygnacji prowadzi wyjście na taras oraz basen.

Kunszt łączenia starego z nowym architekci z Audax zaprezentowali także w przypadku sklepów Summerhill w dzielnicy Toronto, Rosedale. Od ulicy zachowano ceglaną fasadę, pieczołowicie ją odnawiając. Z tyłu powstała metalowo – aluminiowa dobudówka, ze ścianami z szarego kamienia, wielkimi oknami i ażurowym wypełnieniem w miejscach, gdzie ciekawskie oczy przechodniów nie powinny zaglądać. Wszelkie zmiany omawiane były z właścicielami lokali i restauracji, znajdujących się w budynku. Na ich potrzeby na dachu powstał taras, z którego podziwiać można pobliski dworzec kolejowy.

W 2016 r. powstał Strata House, dom w luksusowej dzielnicy Toronto. Projekt wzorowano na kalifornijskich rezydencjach z połowy ubiegłego wieku, położonych na wzgórzach, opadających w stronę Oceanu Spokojnego. Prace rozpoczęto od robót ziemnych, by stworzyć tarasy o zakrzywionym, półokrągłym kształcie, przechodzące jeden w drugi. Natomiast dom składa się z prostych linii, kontrastujących z krzywizną tarasów. Parter otwarty jest na ogród i basen, spora część ścian została przeszklona, a dwie części budynku, ułożone prostopadle do siebie, łączy fantazyjna, również przeszklona, klatka schodowa ze schodami, ułożonymi w kształcie spirali.

Dla miłośników domów w plenerze Audax także ma do zaoferowania coś interesującego. To projekt, który miał zostać zrealizowany nad jeziorem Simcoe. Niestety, zleceniodawca wycofał się jeszcze przed rozpoczęciem prac budowlanych. Na planach, dostępnych na stronie internetowej firmy, można obejrzeć lekką konstrukcję, ustawioną na belkach nośnych. Parter jest otwarty na ogród, natomiast piętro zamiast ścian ma drewniane żaluzje, zapewniające prywatność. Zewnętrzna ściana parteru, najbliżej jeziora, jest wykonana ze szklanych tafli i przesuwana. Dzięki temu, w zależności od pory roku i pogody, można całkowicie ją usunąć, lub kompletnie zamknąć.

Firma architektoniczna Audax specjalizuje się także w aranżowaniu wnętrz lokali użytkowych. To najczęściej restauracje i kawiarnie. Podobnie jak w przypadku domów, tu także przeróbki dokonywane są w miejscach, istniejących od dziesięcioleci, gdzie zadaniem projektanta jest połączenie teraźniejszości z przeszłością. Architekci wypełniają je stylowymi meblami, skórzanymi sofami i specjalnie dobranymi detalami.

rob
na fot. Bilateral House, autor Shai Gil, źródło Architecturelab.net

+ 31 Architects

2017-02-27

Polska ma rządowy program 500 +, w Holandii istnieje i świetnie prosperuje biuro architektoniczne „+31”. Nie wiadomo, skąd wzięła się ta oryginalna nazwa. Raczej nie oznacza liczby osób w nim zatrudnionych. Biuro powstało dzięki dwóm ludziom, jeden z nich to Jorrit Houwert, drugi Jasper Suasso de Lima de Prado. Obaj ukończyli Uniwersytet Techniczny w Delft w Holandii i w 2005 roku założyli „+31”. Siedzibą biura jest Amsterdam, miasto poprzecinane siecią kanałów, które liczą aż 160 kilometrów długości.

Zapewne to sprawiło, że jedną ze specjalności architektów są domy na wodzie, w przeróżnych wersjach, od niewielkich, samodzielnie stojących, czy raczej jak wypadałoby stwierdzić „pływających” konstrukcji po serię budynków, do których prowadzi wspólny pomost z wjazdem dla aut. Większość jest nowych, inne powstały jako adaptacje starych barek, które przebudowano i zaadaptowano do celów mieszkalnych. Tak właśnie jest z Billitonkade, domem na wodzie, zakotwiczonym w jednym z kanałów w Utrechcie. Zleceniodawca kupił zaniedbaną barkę i kazał ją przerobić na domek. Architekci wykorzystali zdrowe belki, ściany obudowali drewnem w ciemnych kolorach. Dostęp światła zapewniają okna, zamontowane na połowie ściany, zwróconej w stronę kanału. Druga połowa to zadaszony taras.

Większą kreatywnością grup +31 Architects mogła wykazać się, projektując nowe domy. W większości przypadków mają one kształt prostokąta i przeszkloną część, zwróconą w stronę wody. Trzeba przyznać, że ich tworzenie wymaga sporej inwencji, ze względu na ograniczenia, podyktowane wymogami funkcjonalnymi. Każdy domek na wodzie musi być odseparowany od ulicy zabudowaną częścią tylną, za to w kierunku wody widok powinien być jak najlepszy. Jednocześnie trzeba dbać o prywatność mieszkańców, by nie czuli się jak eksponaty na sklepowej wystawie.

Na szczęście +31 Architects radzą sobie z tymi problemami dość dobrze. Skoro ograniczeniem są kwestie użytkowe, można popuścić wodze fantazji, jeśli chodzi o materiał. Przykładem jest dom o nazwie Omval, stojący na kanale przy tej właśnie ulicy w Amsterdamie. W odróżnieniu od innych tego typu konstrukcji, wykonano go z aluminium oraz konstrukcji koloru białego i nadano obły kształt. Kuchnia i salon znajdują się na poziomie wody, a następnie budynek łukowato obniża się, by pomieścić sypialnię i łazienkę. Na obniżonym dachu zaprojektowano taras. Wszystko z powodu przepisów – domy na wodzie nie mogą być wyższe niż trzy metry.

Kilka lat później po projekcie Omval powstała wodna willa Weesperzijde. Ten budynek ma bardziej regularne kształty – jest po prostu prostokątem, ułożonym dłuższym bokiem na powierzchni wody. Front jest niemal cały przeszklony, od jednej ściany bocznej do drugiej oraz od podłogi do sufitu. U góry zawieszono markizę, zabezpieczającą przed słonecznymi promieniami. W tym projekcie taras znajduje się przed budynkiem, w kierunku wody, poprzez wydłużenie podłogi. W części domu, znajdującej się poniżej lustra wody, umieszczono łazienkę i sypialnię. W salonie jest nawet kominek.

Nietypowym dziełem dwóch holenderskich architektów jest projekt pracowni artystycznej w okolicach miasta Dilesi w południowo – wschodniej Grecji. To podłużny, prostokątny budynek z półokrągłym dachem, zbudowany z betonowych bloczków. Ściany płynnie przechodzą w powierzchnię dachu, a całość ma wysokość trzech pięter. Budynek ma niewielkie, wąskie okna, przypominające otwory strzelnicze. Za to z obu końców znajdują się przeszklone ściany, sięgające do sufitu, co zapewnia dostęp światła do wszystkich kondygnacji.

rob
na zdj. Omval House, źródło www.plus31architects.com

Nieto Sobejano Arquitectos

2017-02-17

Specjalizują się w projektach muzeów, urodzili się w Hiszpanii, a ich nazwiska brzmią egzotycznie i intrygująco. Co tam nazwiska, zwróćcie uwagę na imiona! Oto Fuensanta Nieto i Enrique Sobejano, hiszpańskie małżeństwo architektów, które swoją działalność prowadzi w Madrycie oraz w Berlinie. Enrique to oczywiście swojski Henryk, ale Fuensanta nie ma raczej odpowiednika wśród polskich imion….

Tu oczywiście można by dodać, że projektowane przez nich budynki także nie mają swoich odpowiedników nie tylko w Polsce, ale również w żadnym innym państwie na świecie, poza tymi miejscami, w których powstają. Ale to truizm, bo przecież chodzi o dzieła pracowni znanej i nagradzanej od wielu lat. Para doczekała się nawet dwóch monografii, poświęconych ich projektom, wydanych w Niemczech oraz w Hiszpanii.

Nieto Sobejano to twórcy między innymi muzeum Madinat al – Zahra w Kordobie w hiszpańskiej Andaluzji. To bez wątpienia ich najgłośniejszy projekt. Zadaniem architektów było stworzenie muzeum w miejscu pochodzących z X w. pozostałości hiszpańsko – muzułmańskiego miasta. „Zdecydowaliśmy, że będziemy pracować jak archeolodzy – nie tworzyć nowej struktury, ale odkrywać to, co znajduje się w ziemi i na tym oprzeć nasz projekt” – mówili twórcy o swojej pracy. Wytyczyli więc ściany w miejscu dawnych murów, ułożyli między nimi tarasy i wkomponowali w środek roślinność. Efekt końcowy nie przypomina budynku, ale wygląda jak ogród na zboczu wzgórza. Dopiero z bliższej odległości okazuje się, czym jest naprawdę – czyli muzeum z kwadratowym dziedzińcem, wokół którego znajdują się sale wystawowe, aula, biblioteka, sklep i kawiarnia.

Projekt został zrealizowany w 2009 r., a już rok później otrzymał nagrodę organizacji Agi Khana w kategorii literatury. To brytyjski biznesmen i filantrop, jednocześnie przywódca kilkunastomilionowej społeczności muzułmańskiej, rozrzuconej po całym świecie. Nagrody przyznawane są co trzy lata dla projektów, które mają służyć społecznościom muzułmańskim w różnych państwach.

Podobne zadanie, czyli połączenie przeszłości z teraźniejszością, a być może i przyszłością, czekało parę architektów podczas prac przy przebudowie Muzeum Sztuki w zamku Moritzburg w Halle w niemieckiej Saksonii – Anhalcie. Z średniowiecznej budowli, po Wojnie Trzydziestoletniej (1618- 1648) zostały fragmenty murów oraz trzy wieże i dziedziniec. W XX w. powstało tam muzeum ekspresjonizmu i sztuki nowoczesnej. Na początku kolejnego stulecia zaistniała potrzeba rozbudowy. Nieto i Sobejano pozostawili zabytkowe mury nietknięte, umieścili natomiast nad zrujnowaną częścią rodzaj dachu, wykonanego z aluminiowych paneli, z wypustkami w kształcie ostrosłupów i świetlikami. Dzięki temu zasłonięte zostały zrujnowane mury a muzeum zyskało dodatkowe pomieszczenia do prezentowania eksponatów.

W 2015 roku hiszpańscy architekci wygrali konkurs na zaprojektowanie Muzeum Nauki w Kantonie na południu Chin. Budynek składać się będzie z dziewięciu gigantycznych, jasnego koloru waz o prostokątnym kształcie, ustawionych obok siebie i połączonych wspólnym dachem. Część tego dachu wykorzystana zostanie jako ogród, z którego rozpościerać się ma widok na całe miasto. Realizacja projektu może zacząć się jeszcze w tym roku…

rob

na zdj. Muzeum Moritzburg, Halle, fot. M*tth.K, Wikipedia.

Denise Scott Brown, doceniona po latach

2017-02-10

Denise Scott Brown to amerykańska architektka, urodzona w 1931 r. w północnej Rodezji, dzisiejszej Zambii. Jej panieńskie nazwisko brzmi Lakofsky, a dziadkowie byli Żydami, którzy wyemigrowali do Johannesburga w Południowej Afryce pod koniec XIX w. z terenu obecnej Łotwy lub Litwy. Ojciec Denise porzucił szkołę, by zamieszkać w północnej Rodezji i tam właśnie urodziła się przyszła architektka.

Jak sama wspomina, już od dziecka marzyła o projektowaniu. Architektury uczyła się na Uniwersytecie Witwatersrand w Johannesburgu, a następnie, w latach 50., w Londynie. W tamtych czasach taki kierunek studiów nie był oczywistym wyborem dla kobiet. Denise była jedną z pięciu studentek w 65 osobowej grupie na uniwersytecie w Johannesburgu. Niewiele łatwiej było w Londynie. „Przykro mi, ale nie mogę płacić pani tyle samo co mężczyznom. Gdybym tak zrobił, zaprotestowałyby moje sekretarki” – usłyszała w jednej z firm, gdzie próbowała zostać stażystką.

Druga połowa l.50 to wyjazd do Stanów Zjednoczonych, dokąd przenosi się ze swoim mężem, Robertem Scottem Brownem. Oboje studiują, a następnie obejmują posady wykładowców na Uniwersytecie Pennsylvania w Filadelfii. Pod koniec lat 50. Robert ginie w wypadku samochodowym. W 1960 r. Denise poznaje Roberta Venturiego, który będzie jej drugim mężem i partnerem zawodowym w biurze architektonicznym Venturi, Scott Brown i Wspólnicy.

W ciągu kilku lat ta marka staje się znana w USA. Główną zasługą małżeństwa architektów było wytyczenie nowej drogi dla projektantów i podważenie zasad powojennego modernizmu, który po latach świetności przeżywał wówczas schyłkową fazę, produkując niemal identyczne budynki – klony. Venturi i Scott Brown zaproponowali powrót do amerykańskiego, tradycyjnego stylu. Przykładem był dom, jaki Venturi stworzył dla swojej matki w połowie lat 60. Budynek miał prostą bryłę, wejście prowadzące do centralnie umieszczonego salonu z kominkiem i resztę pomieszczeń w dwóch skrzydłach.

Oprócz praktyki, para architektów zajmowała się także teorią, publikując książki „Złożoność i sprzeczność w architekturze” – to dzieło przygotowane przez Venturiego – oraz „Uczyć się od Las Vegas” – to już wspólna ich publikacja. Oba tytuły na stałe weszły do kanonu lektur obowiązkowych dla studentów architektury, a sam Venturi zyskał miano twórcy architektonicznego postmodernizmu. Określenie „sam Venturi” jest tu kluczowe, bo przez lata wkład jego żony był pomijany i lekceważony. Kulminacją tego stanu była nagroda Pritzkera, taki architektoniczny Nobel, przyznana Venturiemu w 1991 r. Architekt nie krył zaskoczenia, kiedy dowiedział się, że jest wyłącznym laureatem – komisja nie wzięła jego żony pod uwagę. Ostatecznie nagrodę przyjął, bo biura nie stać było na rezygnację ze sporej sumy pieniędzy, jaka wiązała się z wyróżnieniem.

Ćwierć wieku później historia zatoczyła koło. Grupa studentek wzornictwa z Harvardu rozpoczęła zbieranie podpisów pod petycją, domagającą się od komitetu, przyznającego nagrody Pritzkera, uznania równorzędnego wkładu Denise w dokonania jej męża. Komisja zdania nie zmieniła, ale w tym roku architektka otrzymała nagrodę imienia Jane Drew, wręczaną za zasługi w podnoszeniu rangi kobiet w architekturze.

rob
zdjęcie ze strony Amazon.com

Preston Scott Cohen

2017-02-06

Dzisiaj będzie o architekcie, który choć uznany i cieszący się renomą, nie zalicza się do gwiazd współczesnej architektury, twórców, jacy oprócz znakomitych projektów i śmiałych wizji doskonale wypadają w mediach i umieją się nimi posługiwać.

Preston Scott Cohen ma 56 lat, urodził się w mieście Asheville w Karolinie Północnej w Stanach Zjednoczonych. Dyplom zdobył w prestiżowej Akademii Sztuk Pięknych Rhode Island, kształcił się także w Harvardzie. Praktykę odbywał w biurach architektonicznych w Nowym Jorku, a w wieku niecałych 30 lat otworzył własną pracownię w Bostonie. W 2004 r. razem z dwójką innych architektów stworzył firmę, której nazwę stanowią jego imiona i nazwisko, siedzibą natomiast jest Cambridge niedaleko Bostonu.

Najbardziej znanym projektem Cohena jest nowe skrzydło Muzeum Sztuki w Tel Avivie w Izraelu, powstałe w 2011 r. Nosi ono nazwę pawilonu Amir i mieści we wnętrzu przykłady architektury izraelskiej oraz kolekcję fotografii i sztuk wizualnych. Budynek powstał na nieregularnej, trójkątnej działce, co stanowiło największe wyzwanie przy pracach projektowych. Z tego powodu kształt budynku jest także trójkątny, a z boku wygląda on jak srebrny statek kosmiczny, który z niewiadomych powodów wylądował w środku miasta. Amir pawilon nie przypomina jednak znanego z Katowic Spodka. To raczej nowoczesny niszczyciel z „Gwiezdnych wojen”, okręt, którego części złożono z nieregularnych klocków. Bryła nie zawiera żadnych łuków, za to składa się z ostrych krawędzi i ostrosłupów, ułożonych pod różnymi kątami. Niektóre ze ścian w tych bryłach mają okna, co zapewnia dostęp światła dziennego do najgłębszych zakamarków tej budowli.

Oświetlenia wnętrza dostarcza także atrium o spiralnym kształcie, wbudowane w środek bryły muzeum i sięgające do dachu, na wysokość 26 metrów. To, jak pisze sam Cohen, „wodospad światła”, oś budynku, wokół której rozrzucono galerie i sale wystawowe. Komentatorzy i krytycy zwracali uwagę, że pawilon Amir to potwierdzenie skłonności amerykańskiego architekta do stosowania w swoich projektach zasad geometrii wykreślnej, czyli nauki służącej odwzorowywaniu trójwymiarowych brył w dwóch wymiarach. Pojawienie się komputerów spowodowało, że geometria wykreślna została uznana za przestarzałą, ale nadal wykładana jest na uczelniach architektonicznych oraz kierunkach, związanych z projektowaniem.

Kolejnym przykładem udanego zastosowania geometrycznych reguł we współczesnej architekturze jest budynek muzeum sztuki w Taiyuan w prowincji Shanxi w północnych Chinach. Cohen łączy tu serię brył o różnych kształtach, poskręcanych pod różnymi kątami i połączonych promenadami wewnętrznymi i zewnętrznymi. Z lotu ptaka budynek przypomina gigantyczne origami. Dodatkowo, ściany nie są jednolite, ale składają się z segmentów, co jeszcze bardziej przypomina zabawę w układanie klocków. Niektóre z nich zastąpiono oknami o bardzo nieregularnych kształtach.

Następną chińską przygodą Amerykanina jest projekt biblioteki w Datong, także w prowincji Shanxi. Ten budynek wygląda z daleka jak stadion sportowy, który zamiast trybun ma wysokie na cztery piętra półki z książkami. W niecce stadionu umieszczono dziedziniec, składający się z pomieszczeń wspólnych, czytelni, sal wystawowych oraz galerii, jest tam także zielony skwer z ławeczkami i alejkami do spacerów.

rob

na zdjęciu Pawilon Amir muzeum w Tel Avivie, fot. Artur Schmunk, Wikipedia

Patrick Schumacher, uznany i znienawidzony

2017-01-09

Bohater dzisiejszego tekstu niezbyt pasuje do tytułu niniejszego bloga, bo mówiąc wprost, nie jest to jeden z ulubionych architektów autora. Do niedawna Patrick Schumacher, bo o nim mowa, pozostawał nieco w cieniu Zahy Hadid, znanej i słynnej na cały świat Brytyjki pochodzenia irackiego. W jej firmie odpowiadał za globalną strategię i kwestie dizajnu. Po śmierci mentorki Schumacher przejął obowiązki szefa i od razu dał się we znaki kolegom ze środowiska oraz stał niemal wrogiem publicznym numer jeden na Wyspach Brytyjskich.

Cóż takiego zrobił Schumacher, że zasłużył sobie na podobne określenia? Podczas Światowego Festiwalu Architektury, który w zeszłym roku odbył się w listopadzie w Berlinie, Schumacher wystąpił z odczytem, w którym zawarł sposoby, jakie według niego pomogą w rozwiązaniu kryzysu mieszkaniowego w Londynie. Jego zdaniem, należy zrezygnować ze wszystkich ograniczeń i przepisów, utrudniających działalność developerom, sprywatyzować publiczne place i zrezygnować z budowy mieszkań socjalnych. „Nie mamy prawdziwie wolnego rynku, jeśli chodzi o nieruchomości, stąd właśnie kryzys. Zapewnienie mieszkań dla wszystkich możliwe jest tylko w warunkach samodzielnie regulujących się i motywujących procesów rynkowych”, stwierdził Schumacher. Tu należy zaznaczyć, że jego propozycje, dotyczące prywatyzacji przestrzeni publicznej, obejmują na przykład Hyde Park. Zdaniem architekta, mogłaby tam powstać nowa dzielnica mieszkalna.

Warto dodać, że mowa o człowieku, który nie tylko znany jest z projektowania, ale przede wszystkim szeregu teoretycznych wystąpień oraz publikacji na temat architektury, jej funkcji i tego w jakim kierunku powinna zmierzać. Schumacher wykładał lub wykłada na wielu uczelniach brytyjskich, europejskich oraz amerykańskich. Wśród dorobku architekta w pracowni Hadid wymieniana jest remiza strażacka Vitra w niemieckim Weil am Rhein oraz Centrum Sztuki Współczesnej i Architektury Maxxi w Rzymie.

Nic dziwnego, że liberalne i skrajnie wolnorynkowe pomysły napotkały zdecydowany opór. Zaha Hadid Architects, czyli biuro, któremu szefuje Schumacher, wydało oświadczenie, że nie zgadza się z takimi projektami. Mimo to przed siedzibą firmy zwolennicy budownictwa dla ubogich oraz ekolodzy zorganizowali demonstrację. Burmistrz Londynu, Sadiq Khan, uznał projekty Schumachera za niemożliwe do zrealizowania, bo, jak wyjaśnił, zakłóci to wielokulturowy charakter miasta. Oczywiście, najgoręcej zrobiło się w internecie. „Niech ten Niemiec proponuje podobne rzeczy dla Berlina” – pisali komentatorzy, odnosząc się do pochodzenia architekta. „Najpierw Brytyjczycy zdecydowali się na opuszczenie Unii Europejskiej, potem wybory w USA wygrał Trump, a teraz Schumacher wyskakuje z czymś takim” – oburzał się kolejny internauta. Inni podawali przykłady miast, w jakich żyją, twierdząc iż deweloperzy rozdrapują przestrzeń publiczną kawałek po kawałku i zabudowują wszystkie wolne skrawki i wcale nie jest to tendencja pozytywna. Tak jest na przykład w Dżakarcie, stolicy Indonezji, twierdzili autorzy wpisów.

Sytuacji nie uspokoiło oświadczenie, wydane przez Schumachera, który wyjaśnił, że chodziło mu o zainspirowanie debaty na temat problemów w sektorze nieruchomości, z jakimi zmaga się Londyn. Nawet branżowe media zdystansowały się od architekta. „Powinniśmy przestać słuchać tego człowieka”, napisał komentator internetowego portalu Dezeen.com, poświęconego architekturze i wzornictwu. Do Schumachera przylgnął epitet „paskudny”, a najłagodniejsza opinia kompletnie dystansowała się od tez architekta, ale jednocześnie stwierdzała, że w imię wolności słowa podobne poglądy powinny mieć prawo istnienia w przestrzeni publicznej.

rob
na zdj. Patrick Schumacher, fot. ze strony www.zaha - hadid.com