Moi ulubieni architekci

Bjarke Ingels Group czyli BIG

2017-01-05

„Młody, zdolny, śmiały, świeży” – to określenia, jakimi fachowcy od architektury i branżowe czasopisma określają Duńczyka Bjarke Ingelsa. Pochodzący z Kopenhagi i urodzony w 1972 roku architekt zrobił błyskawiczną karierę nie tylko w swoim kraju, ale także na świecie. Jest założycielem biura BIG, którego nazwa pochodzi od jego inicjałów oraz angielskiego słowa „group”. Rzeczywiście, nie ma przesady w twierdzeniu, że Ingels jest „wielki”, jak na polski przetłumaczyć można angielski przymiotnik „big”.

Ingels to architekt, który łamie konwencje, w swojej twórczości bawiąc się w odwzorowywanie natury, nieważne czy chodzi o góry czy płatek śniegu. W młodości marzył, by zostać rysownikiem komiksów, ale zainteresował się architekturą, która stała się jego pasją. W ciągu dziesięciu lat od założenia w 2005 roku, firma Ingelsa rozrosła się do ponad czterystu pracowników. Obecnie BIG ma dwa oddziały – w Kopenhadze oraz w Nowym Jorku, na Manhattanie.

Zanim jednak powstał BIG, był PLOT. To biuro architektoniczne Ingelsa i Belga Juliena de Smedta, którego bohater tego wpisu poznał w czasie pracy w Biurze Architektury Miejskiej w Rotterdamie. „Plot” to termin zaczerpnięty ze świata sztuki, oznaczający „wątek” lub „fabułę”, czyli to, o czym opowiada film, książka czy przedstawienie teatralne. Tu po raz kolejny widać skłonność Ingelsa do dbania nie tylko o treść, ale także formę tego, czym się zajmuje. Warto zajrzeć na stronę http://big.dk/#projects, by zobaczyć jak pokazane są projekty, autorstwa Ingelsa i spółki oraz przeklikać kolejne sekcje, by obejrzeć, jak rozsypuje się oraz przemieszcza barwna mozaika.

Pierwszy wielki sukces Ingelsa, jeszcze jako współpracownika de Smedta, to VM Houses, czyli dwa budynki mieszkalne w Kopenhadze. Zbudowano je na planie liter V i M a dzięki nietypowemu kształtowi zapewniają dostęp światła do każdego z 225 mieszkań oraz korytarzy, jakimi są połączone. Skrzydło jednego z budynków, wychodzące na park, ma balkony w kształcie klina. Sami twórcy porównali swoje dzieło do trójwymiarowej wersji gry Tetris.

W 2008 roku w Orestad, tej samej dzielnicy co VM Houses, powstał budynek zwany Mountain Dwellings, czyli w wolnym przekładzie na polski „Mieszkania górskie”. To połączenie apartamentów ze znajdującym się poniżej parkingiem dla samochodów. Przymiotnik „górskie” w nazwie wziął się stąd, że budynek przypomina zbocze góry, bo z jednej strony wznosi się na wysokość 11 pięter, z drugiej schodząc do poziomu ulicy. Każde z mieszkań ma niewielki taras i ogród, umieszczony na dachu lokalu, znajdującego się piętro niżej. Dzięki nietypowej konstrukcji, nikt nie patrzy sąsiadowi w okno.

Na zakończenie chciałbym podać link do wykładu Bjarke Ingelsa, wygłoszonego na konferencji TED, czyli serii naukowych spotkań, pod wspólnym hasłem „Technologia, Rozrywka, Design”. Prezentacja może zainteresować nie tylko miłośników architektury, ponieważ zawiera ciekawe projekty, ale także osoby, które chcą dowiedzieć się czegoś na temat autoprezentacji i „sprzedawania” siebie na forum publicznym. Link poniżej, miłego oglądania!

https://www.ted.com/talks/bjarke_ingels_3_warp_speed_architecture_tales?language=pl

rob

na zdj. Mountain Dwellings, fot. Orf3us, źródło Wikipedia.

David Kohn i jego DKA

2016-12-23

W 2012 roku na dachu londyńskiego centrum sztuki Southbank nad Tamizą stanęła dziwna konstrukcja. Niektórzy porównywali ją do kutra rybackiego, złośliwi posuwali się nawet do twierdzeń, że wygląda jak efekt katastrofalnego trzęsienia ziemi i tsunami, do jakiego doszło rok wcześniej w północno – wschodniej Japonii.

Faktycznie, „Pokój dla Londynu”, bo tak nazywał się osobliwy budynek, przypominał łódź rybacką, wyrzuconą na dach przez gigantyczną falę. Dolna część, wystająca poza obrys Centrum Sztuki, miała półokrągłe zakończenie z wielkimi oknami, a górną część stanowiła nadbudówka, nad którą wznosił się trójkątny maszt. „Pokój dla Londynu” był apartamentem do wynajęcia, przeznaczonym dla dwóch osób i oferującym zapierające dech widoki na stolicę Wielkiej Brytanii.

Niezwykły apartament zaprojektował brytyjski architekt David Kohn, natomiast inspiracją, według autora, był parostatek, opisany przez Josepha Conrada w noweli „Jądro ciemności”. „Mój projekt miał być zaproszeniem do literackiej podróży, inspirowanej wyobraźnią” – wyjaśnia twórca na swojej stronie internetowej www.davidkohn.co.uk. W czasie Igrzysk Olimpijskich w Londynie, apartament odwiedzili muzycy i artyści, na przykład David Byrne czy Jarvis Cocker.

Wnętrze „Pokoju dla Londynu” wykończono ciemnym drewnem, ściany były przeszklone, natomiast łóżko przesuwało się na metalowych szynach. Na piętro – nadbudówkę prowadziła zsuwana drabina i znajdowała się tam sofa z biblioteczką. Natychmiast po wystawieniu oferty w internecie, apartament zarezerwowano do końca grudnia 2012 roku, czyli do czasu kiedy konstrukcję usunięto.

Kolejnym ciekawym projektem Davida Kohna jest „Biały budynek”. To dawna hala fabryki słodyczy, położona niedaleko Parku Olimpijskiego w Londynie, przekształcona w galerię, kawiarnię i pracownie artystyczne. Przeróbki, zaproponowane przez studio Kohna, polegały na wybiciu nowych drzwi, tak by podzielić budynek na więcej pomieszczeń z niezależnym dostępem. Autor projektu pozostawił stary dach, zawierający azbest, by jednak ograniczyć jego szkodliwy wpływ, podwieszono pod nim izolację, wykonaną z owczej wełny, podtrzymywaną przez sieć z czerwonego sznura. „Biały budynek” miał spełniać kilka zadań – komponować się z otaczającą architekturą, odpowiadać historii miejsca, demonstrować nowoczesny styl a przebudowa miała być niedroga i przebiegać szybko.

Kohn realizuje się nie tylko jako architekt, ale również projektant wnętrz. Świadczy o tym Carrer Avinyo, czyli luksusowy apartament w Barcelonie, w dzielnicy Gotyckiej. Apartament znajduje się w kamienicy o kształcie trójkąta, którego wierzchołek wychodzi na Plac Orwell. Architekt zaczął pracę od wyburzenia wszystkich ścian wewnętrznych. Ponieważ pracował na zlecenie dwóch braci, podzielił mieszkanie na dwie części, za pomocą płytek podłogowych w kolorze zielono – czerwonym, przy czym w jednej części dominuje zieleń, w drugiej czerwień. Po przeciwnych stronach trójkątnego apartamentu znajdują się dwie sypialnie, wyglądające jak gigantyczne szafy, a między nimi prowadzi galeryjka, którą można także dojść do dwóch łazienek. W najwęższym miejscu apartamentu, obok okien typu „porte fenetre”, sięgających od sufitu do podłogi, stoi owalny stół. Całkowity koszt przebudowy przekroczył dwieście siedemdziesiąt tysięcy funtów, inwestorzy pragnęli zachować anonimowość, natomiast efekt końcowy zdobył nominację w serii plebiscytów na najlepsze urządzenie wnętrza 2013, organizowanych przez branżowe magazyny w Wielkiej Brytanii i zagranicą.

rob

na zdjęciu „Pokój dla Londynu”, fot. Paulobrad, źródło Wikipedia

Grafton Architects

2016-12-04

„Współczesne Machu Picchu” – tak specjalistyczne media określiły budynek Uniwersytetu Technologii i Inżynierii, znajdujący się w stolicy Peru, Limie, zaprojektowany przez irlandzką pracownię Grafton Architects. Budowla zdobyła tegoroczną międzynarodową nagrodę Królewskiego Instytutu Brytyjskich Architektów – RIBA, jako wyjątkowy przykład architektury użytkowej. Jurorzy podkreślili, że budynek wpisuje się w otoczenie, a jego elementy składowe – tarasy, pomieszczenia przypominające groty oraz korytarze, odpowiadają konstrukcji słynnego miasta Inków.

Nagroda przyznana przez RIBA to ostatnie z serii wyróżnień, jakie otrzymała irlandzka pracownia. Grafton Architects to obecnie ponad dwudziesto-osobowy zespół architektów, założony pod koniec l. 70. w Dublinie przez dwie kobiety: Yvonne Farrell i Shelley McNamarę. Obie są Irlandkami, obie ukończyły University College Dublin, największą irlandzką uczelnie wyższą. Początki działalności firmy to serie projektów w stolicy Irlandii, a potem większych miastach tego kraju. Były to głównie budynki użytkowe, szkoły, biura, hotel czy nawet remiza strażacka.

O Grafton Architects zrobiło się głośno w 2008 r., kiedy zbudowano jeden z budynków Uniwersytetu Luigi Bocconi w Mediolanie, według projektu irlandzkiej pracowni. Szary, przysadzisty gmach, podzielony na wydłużone prostopadłościany, umocowane na wspólnej podstawie, zdobył wyróżnienie dla Budynku Roku na Światowym Festiwalu Architektonicznym, jaki odbył się w Barcelonie. W środku uniwersyteckiej siedziby są sale wykładowe, konferencyjne, wspólny dziedziniec oraz gabinety profesorów i wykładowców. Między poszczególnymi częściami budynku umieszczono łączniki, a od wewnątrz są one przeszklone.

Rok później w Dublinie powstał budynek biurowy dla pracowników irlandzkiego ministerstwa finansów. Głównym wyzwaniem projektantów było pogodzenie nowoczesnego gmachu z sąsiednią, osiemnasto - wieczną zabudową. Elewację biurowca wykonano z płyt z oszlifowanego wapienia i nieregularnie rozmieszczono w niej okna. Fasada dolnej części jest cofnięta w głąb, tworząc miejsce na schody, a jednocześnie doświetlając niżej położone kondygnacje. Tylna część budynku wychodzi na ogród, otaczający Cmentarz Hugonotów.
Innym pomysłem na aranżację przestrzeni jest budynek wydziału medycznego i trzech akademików na Uniwersytecie Limerick. Sala zajęciowa powstała z kamienia wapiennego, co jest nawiązaniem do tradycji budowlanych okolicy. Tymczasem akademiki mają ceglaną elewacją i stoją w półkolu, którego przedłużeniem jest wydział medyczny. W środku znajduje się plac, a jego zamknięciem jest pawilon sportowy oraz sala koncertowa, ale te dwa ostatnie budynki nie są już dziełem Grafton Architects.

Niezrealizowanym jeszcze projektem irlandzkich architektek jest siedziba Szkoły Ekonomicznej we francuskiej Tuluzie. Farrell i McNamara wygrały konkurs w 2009 r., prezentując konstrukcję, składającą się z sześciu skrzydeł, odchodzących ze wspólnego środka, połączonych tarasami, łącznikami i częściowo wspólnym dachem. To istna plątanina pomieszczeń, korytarzy i schodów, dzięki nieregularnej konstrukcji – z dobrym dostępem światła dziennego. Elewacja ma zostać zbudowana z cegły, a na kilku tarasach posadzone zostaną drzewa.
rob

Na zdj. budynek Uniwersytetu Bocconi, Mediolan, źródło Wikipedia

Patricia i Michael Hopkins, architektoniczna arystokracja

2016-11-24

Patricia i Michael Hopkins to małżeństwo brytyjskich architektów, zaliczanych do grona „Brytyjczyków, którzy zbudowali nowoczesny świat”. To tytuł wystawy, zorganizowanej przez Królewski Instytut Brytyjskich Architektów oraz nazwa programu. zrealizowanego przez telewizję BBC w 2014 r. Oprócz Hopkinsów, wśród znakomitości architektury wymieniono tam Normana Fostera, Richarda Rogersa, Nicolasa Grimshawa i Terry Farella.

Patty Hopkins była jedyną kobietą w tym męskim gronie, w programie telewizyjnym nie obyło się zresztą bez kontrowersji – początkowo BBC usunęła jej postać ze wspólnej fotografii wszystkich twórców, wykonanej przy okazji otwarcia wystawy. Kiedy sprawa wyszła na jaw, stacja została oskarżona o niechęć do kobiet i pomijanie ich osiągnięć w zawodzie architekta. W efekcie przywrócono oryginalne zdjęcie, a przedstawiciele BBC przeprosili za wywołanie skandalu.

Michael Hopkins urodził się w 1935, a jego żona w 1942 r. Pobrali się na początku lat 60., a w 1976 przenieśli z Suffolk do północnego Londynu. Założyli wtedy własną firmę architektoniczną oraz zbudowali dom, nazwany po prostu „Hopkins house”. Budynek służył jako pracownia i jednocześnie dom mieszkalny, a powstał na planie prostokąta o wymiarach 10 x 12 metrów. Jak podają autorzy na swojej stronie internetowej www.hopkins.co.uk, koszt budowy zamknął się sumą 20 tysięcy funtów, a to dzięki wykorzystaniu technologii, służącej do wznoszenia obiektów przemysłowych. Konstrukcja opierała się na stalowych belkach, które służyły do podtrzymywania metalowych kratownic, wykorzystanych jako podłoga i dach. Dom miał przezroczyste ściany, wykonane ze szklanych paneli, podobnie skonstruowano drzwi. Ponieważ działka leżała poniżej poziomu ulicy, do budynku prowadził metalowy mostek, z którego przechodziło się na pierwsze piętro, a zejście na dolny poziom umożliwiały metalowe, kręcone schody. Pomieszczenia oddzielono za pomocą weneckich zasłon, a specjalne przegrody wyznaczały łazienkę i sypialnię. Hopkins house zdobył wiele nagród, idea według jakiej powstał, doczekała się kontynuacji w wielu projektach brytyjskiej pary, na przykład w Laboratorium Chemicznym Fricka, zbudowanym na Uniwersytecie Princeton w 2010 r.

Patty i Michael Hopkins zaprojektowali także nową stację londyńskiego metra Westminster, kiedy pod koniec l. 90. ubiegłego stulecia władze stolicy Wielkiej Brytanii zdecydowały się na przedłużenie linii Jubilee. Na stacji Westminster krzyżowały się już dwie inne linie kolei podziemnej – District i Circle, dlatego Jubilee znalazła się ok. 30 metrów niżej od swoich sióstr. Dodatkowo, na powierzchni powstawał Portcullis House, czyli budynek dla 213 członków brytyjskiego parlamentu oraz ich asystentów i pracowników, również zaprojektowany przez Hopkinsów. Zadaniem architektów było pogodzenie różnych funkcji i wymagań tych obiektów. Efekt jest bardziej niż zadawalający, stacja Westminster mogłaby śmiało posłużyć jako sceneria filmu science – fiction. Pasażerowie poruszają się ruchomymi schodami, wykonanymi z nierdzewnej stali, między betonowymi i wyłożonymi fragmentami polerowanego metalu ścianami, mijając potężne wsporniki i belki, służące do posadowienia Portcullis House. Również i ten projekt doczekał się wielu wyróżnień i nagród.

rob
na zdj. Hopkins House, fot. Steve Cadman, Wikimedia

Atelier Bow Wow – architektura i miłość do psów

2016-11-17

Psy w Polsce, szczekając, robią „hau hau”, w Niemczech „wuff wuff”, a po angielsku „bow wow”. Te ostatnie dwa słowa posłużyły także za nazwę pracowni architektonicznej, założonej prawie ćwierć wieku w Japonii, dokładnie w stolicy tego kraju, Tokio. Twórcami firmy są Yoshiharu Tsukamoto oraz Momoyo Kaijima. Pierwszy pochodzi z prefektury Kanagawa, druga urodziła się w Tokio. Obydwoje studiowali w stolicy Japonii, mają za sobą także naukę na uczelniach w innych państwach.

Trudno powiedzieć, co skłoniło dwójkę Japończyków do nadania tak nietypowej nazwy swojej firmie, ale to jeden z ich wielu oryginalnych pomysłów. Tsukamoto i Kaijima są na przykład autorami określenia „pet architecture”, co w luźnym tłumaczeniu oznacza ”architekturę zwierzęcą”. Nie chodzi jednak o oryginalne psie budy czy domki dla ptaków, choć taka twórczość nie jest obca dla Atelier Bow – wow. „Pet architecture” to nic innego jak domy zbudowane w wolnych miejscach szczelnej zabudowy Tokio, między stojącymi już domami, wciśnięte w skrawki wolnej przestrzeni, często o dziwnych kształtach i nietypowych rozwiązaniach, bo tylko takie, w związku z brakiem przestrzeni, mogły wchodzić w grę. Zdaniem architektów, domy te przypominają domowe zwierzęta i tak samo pełnią rolę wypróbowanych przyjaciół człowieka.

Inną ciekawą koncepcją dwójki Japończyków jest „Architektura Da – Me”, czyli Niedobra Architektura. Chodzi o budynki, powstające w Tokio, nie grzeszące urodą ani smakiem, mające po prostu służyć swoim użytkownikom – czy to mieszkańcom czy firmom. Kwestie estetyczne są na tyle nieważne, że architekci określają to budownictwo mianem „śmieciowego”, także dlatego, iż powstaje tanim kosztem oraz łączy różne funkcje, na przykład mieszkalną i biurową. Zdaniem Tsukamoto i Kaijimy „Niedobra architektura” przeżywa szczególny rozkwit właśnie w stolicy Japonii. Dwójka projektantów w żaden sposób nie potępia tego stylu, czy raczej braku stylu – wręcz przeciwnie, wypowiadają się o nim z pewnym sentymentem, na zasadzie „tak brzydkie, że aż ładne”.

Po teoretycznej części czas na opis kilku projektów dwójki japońskich architektów. Jednym z ciekawszych przykładów jest dom nazwany „Jig”, powstały w 2003 r. w Funabashi w prefekturze Chiba. Niewielki budynek ma dwa piętra i metalowy szkielet. Jako materiału budowlanego użyto żelbetonu oraz drewna a w środku połączono tradycyjny japoński styl - maty tatami oraz shoji, czyli zsuwane drzwi z drewnianych ramek z akcentami współczesnymi, na przykład ogromnymi oknami, sięgającymi od podłogi do sufitu.

Bardzo interesujący jest Aco House, którego bryła ma charakterystyczny kształt – jakby ktoś budował zamkową basztę i skończył swoją pracę w połowie. Wszystko dlatego, że dom powstał na rogu ulicy, na wąskiej działce. Budynek ma białą elewację, wyposażoną w okna oraz dobudówkę, wznoszącą się po jednej stronie, na wysokości drugiego i trzeciego piętra.

W 2005 roku w Tokio powstał dom i główna siedziba Atelier Bow – Wow. Trzypiętrowy budynek o nieregularnych kształtach wciśnięto między inne domy. Z powodu szczupłości miejsca, podzielono go na dwie sekcje. Na dole jest pracownia, na górze część mieszkalna. Z jednej strony jest dach, opuszczony niemal do ziemi, z kilkoma oknami. Z drugiej przeszkolone pomieszczenie pracowni oraz taras na górnym piętrze.

Rob
na zdj. siedziba Atelier Bow Wow, zdjęcie Wikiarquitectura.com

Dust, nietypowa odmiana kurzu

2016-10-31

Dust to po polsku pył, kurz. To angielskie słowo oznacza także nazwę firmy architektonicznej, założonej przez dwóch Amerykanów, Jesusa Roblesa i Cade Hayesa. Pierwszy pochodzi z Arizony, drugi z Nowego Meksyku, stanów na południowym – zachodzie USA, określanych kiedyś mianem Dzikiego Zachodu, zamieszkałych przez Indian i kowboi, z ogromnymi preriami i pustkowiami, porośniętymi kaktusami, a teraz kojarzącymi się z autami terenowymi i zakurzonymi drogami.

Na zdjęciu na stronie internetowej firmy obaj jej założyciele wyglądają zresztą jak bohaterowie opowieści o Dzikim Zachodzie – Robles nosi kamizelkę i kapelusz, Hayes nienaganny garnitur z kamizelką, a pozują gdzieś na pustkowiu, w niedbałych pozach, trzymając ręce w kieszeni. Z biografii obu panów wynika, że czują się mocno związani ze swoimi stronami, Hayes pomagał na farmie dziadka, Robles pracował w kilku południowych stanach jako robotnik budowlany, mierniczy oraz cieśla.

Firma architektoniczna Dust powstała stosunkowo niedawno, bo w 2007 r, dlatego jej dorobek jest dość skromny, jeśli chodzi o zrealizowane projekty budynków. Właściwie są dwa: górski domek w Tuscon oraz Casa Caldera. Ten pierwszy powstał na pustyni Sonora, pośród wzgórz, kaktusów, kamieni i ścieżek dzikich zwierząt. Twórcy zrobili wszystko, by wkomponować go w otaczający pejzaż. Sama konstrukcja jest dość prosta – to kilka prostopadłościennych pudełek, połączonych wspólnym przejściem. Bryłę wykonano z surowego betonu, pomieszczenia oddzielają betonowe i szklane ściany. Wystrój jest bardzo spartański i surowy, choć nie brakuje oczywiście współczesnych wygód. Ozdobą budowli są spiralne schody, prowadzące na taras oraz kamienne bloki różnej wysokości, podobne do płyt chodnikowych, rozrzucone z jednej strony domu. Tworzą one coś w rodzaju schodów – zejścia na jedną stronę budynku. Można po nich chodzić, można tam usiąść…

Bardzo podobnie wygląda Casa Caldera, dom zlokalizowany w dolinie San Rafael w Arizonie, zaledwie piętnaście mil od granicy Stanów Zjednoczonych i Meksyku. To miejsce aktywności wulkanicznej sprzed milionów lat, dlatego do budowy domu użyto bazaltowego kruszywa wulkanicznego czerwonej barwy, w jakie obfituje okolica. Centralną częścią budynku jest hol, rozdzielający jego dwie części. Z obu stron hol kończy się metalowymi drzwiami, które można otworzyć „na przestrzał”. Z jednej strony są sypialnie, z drugiej salon i kuchnia. Jedynym źródłem ogrzewania jest kominek, a grube ściany i niewielkie okna zapewniają chłód w czasie letnich miesięcy. Woda czerpana jest ze studni, panele słoneczne dostarczają energii elektrycznej, a do gotowania i podgrzewania wody wykorzystywany jest gaz z butli. Budynek ma wszystkie współczesne wygody – kuchnię, łazienkę czy energo-oszczędne oświetlenie ledowe.

Co ciekawe, DUST nie ograniczył się tylko do zaprojektowania bryły domu. Dziełem Roblesa i Hayesa jest także wyposażenie – ramy okien, same okna, drewniana stolarka, którą wykończono jedną ze stron holu oraz meble i wyrafinowane szczegóły – na przykład nietypowe uchwyty do okien i drzwi. Wszystko to wykonały współpracujące z nimi firmy. Projektowanie przedmiotów codziennego użytku to jeszcze jedna domena DUST-u. Można u nich zamówić biżuterię, stoły, krzesła czy ławy.

rob

Na zdjęciu Casa Caldera, źródło ArchDaily, autor Cade Hayes

Siergiej Skuratow, Rosjanin z fantazją

2016-10-09

Stolica Rosji, Moskwa, to jedno z największych miast świata. Od lat stanowi też centrum finansowo – biznesowe, porównywalne z największymi zachodnimi metropoliami. Burzliwy rozwój w wielu dziedzinach, jaki przechodzi miasto, zahamowany nieco niskimi ostatnio cenami ropy i innych surowców, nie dotyczy jednak architektury, a raczej nie przekłada się na jej jakość. W rosyjskiej stolicy dominują drapacze chmur, wypełniające nowe finansowe dzielnice, neoklasycystyczne budynki, nawiązujące do epoki stalinowskiej czy inne, nie zwracające na siebie uwagi budownictwo.

Wśród tych wszystkich konstrukcji mieszkalnych i biurowych uwagę zwraca wieżowiec Mosfilmowskaja, powstały w 2012 r. To właściwie dwie wieże – jedna o wysokości 213 m., i druga, wysoka na 130 m. Połączono je ośmiopiętrowej wysokości przełączką, rozdzieloną na pół a wewnętrzną przestrzeń wykorzystano na atrium. Przełączka wspiera się na siedemnastometrowej wysokości, na pozór chaotycznie rozrzuconych kolumnach z barwionego na czarno betonu. Identyczne kolumny występują także w głównych budynkach, ale tu jako element dekoracyjny. Cały budynek ma 51 pięter, z czego 46 mieszkalnych i ponad 550 mieszkań. Mało brakowało, a wieże nie zostałyby ukończone – rozbiórkę nakazał mer Moskwy, Jurij Łużkow, twierdząc, że kompleks jest za wysoki. Kiedy stracił stanowisko, budowę zakończono.

Twórcą kompleksu Mosfilmowskaja jest Sergiej Skuratow, rosyjski architekt, działający w branży jeszcze od czasów ZSRR. Skuratow, syn pilota wojskowego, zdobył uprawnienia zawodowe pod koniec l. 70 ubiegłego stulecia w Instytucie Architektury w Moskwie. Lata 80. i 90. to praca dla różnych biur architektonicznych i kolejno coraz wyższe funkcje. Od 2002 architekt jest właścicielem i szefem biura, nazwanego własnym imieniem i nazwiskiem. Dla Skuratowa pracuje około dwudziestu osób, a projekty jego firmy realizowane były w Moskwie, Wołgogradzie, Permie, Rostowie nad Donem oraz w Wenecji i Waszyngtonie.

W projektach Skuratowa zawsze można znaleźć jakiś nietypowy element, coś przyciągającego uwagę. W biurowcu „Fort Daniłowska”, położonym przy ulicy Nowodaniłowskiej tuż nad brzegiem rzeki Moskwa, charakterystyczną cechą jest ceglana, ciemnoczerwona bryła. Budynek składa się z trzech części, połączonych wspólną, dolną kondygnacją. Jedna część jest wysoka i smukła, kolejna rozciągnięta i wydłużona a między nimi, cofnięty do tyłu, znajduje się trzeci budynek, najbardziej tradycyjny w formie. Urozmaiceniem są także okna, nierównej wielkości oraz dwie wypustki, dobudówki z oknami na wysokim oraz podłużnym budynku.

Osobliwością „Art house”, czyli centrum mieszkalno – administracyjno – kulturalnego jest z kolei kształt bryły oraz nietypowe ozdoby elewacji. Centrum tworzą dwa budynki o nierównej wysokości ścianach Dzięki temu zabiegowi, dwuspadowy dach biegnie ukośnie, na dodatek nie jest symetryczny. Biurowce najeżone są oknami, a niektóre z tych okien opakowano w stalowe konstrukcje, przypominające balkony. Całości dopełnia różnobarwna cegła, wykorzystana do wyłożenia elewacji oraz kamienie i inne ozdoby, umieszczone na ścianach. Oba budynki mają 30 mieszkań oraz parking podziemny, na parterze natomiast znajdują się galerie sztuki. „Art House” zdobył nagrodę Budynku Roku 2013 w Rosji i ma stać się wzorcem dla rozwoju całej dzielnicy.

Rob

Zdjęcie ze strony www.skuratov-arch.ru

Benedetta Tagliabue i Enric Miralles, włosko – hiszpański duet

2016-09-19

We wrześniu 1997 r. Szkoci zdecydowali w referendum o budowie pierwszej od 300 lat siedziby parlamentu. Budynek miał powstać w Edynburgu, na wschód od centrum miasta, w dzielnicy Holyrood, przyłączonej do miasta w połowie XIX w. W styczniu 1998 r. ogłoszono konkurs architektoniczny - w pierwszej fazie jury wyłoniło 12 projektów, spośród 70, zgłoszonych z całego świata. Do finału przeszło 5 projektów, a na początku lipca 1998 ogłoszone zostały wyniki. Jurorzy wybrali projekt studia architektonicznego EMBT, należącego do Enrica Mirallesa i Benedetty Tagliaube, hiszpańsko – włoskiego małżeństwa, mieszkającego w Barcelonie.

EMBT powstało w 1993 r. i wzięło swoją nazwę od pierwszych liter imion i nazwisk założycieli. Enric Miralles miał wtedy prawie 40 lat. Sławę w Hiszpanii i Europie przyniosły mu projekty, przygotowane razem z pierwszą żoną, Carme Pinos. To centra sportowe, szkoły oraz domy w Barcelonie i kilku innych hiszpańskich miastach. Wśród nich był także cmentarz w Igualada, niedaleko katalońskiej stolicy. Nekropolia istnieje od połowy lat 50. ubiegłego wieku. Zwolennicy zmian, zaproponowanych przez Mirralesa, wskazują, że nadał on swojemu projektowi związek między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Całość przypomina „rzekę życia”, rozciągającą się od wejścia, poprzez poszczególne aleje. Warto dodać, że Mirrales został pochowany w Igualada po swojej śmierci w 2000 r.

Wspólne projekty biura EMBT, czyli pary Mirrales – Tagliaube obejmowały na przykład Park de Diagonal Mar, położony w dzielnicy Barcelony o tej samej nazwie, podzielony na kilka obszarów, z niewielkim jeziorem w środku. Bardzo ciekawy efekt dało odnowienie barcelońskiego targu Santa Caterina, istniejącego od połowy XIX wieku. EMBT zaprojektowało nowy dach w kształcie kolorowych, półkolistych fal, osadzonych na aluminiowych rurach.

Rok 1998 to dla katalońskiego biura wielki sukces, czyli zwycięstwo w konkursie na zaprojektowanie siedziby parlamentu Szkocji. Budynek usytuowany został w dzielnicy Holyrood, u stóp Wzgórza króla Artura, założyciela bractwa Rycerzy Okrągłego Stołu i legendarnego celtyckiego władcy. Siedziba parlamentu to kilka różnych budynków w różnych stylach architektonicznych: jest oczywiście sala obrad, pomieszczenia dla parlamentarzystów oraz ich asystentów, sala dla prasy oraz kilka wież, ponumerowanych od jeden do pięciu. O niezwykłym efekcie całości decydują detale – półokrągłe dachy, przypominające łodzie, wywrócone na piasek do góry dnem czy ażurowe panele, zasłaniające częściowo okna. To nie koniec – w cały kompleks wkomponowano Queensberry House, XVII –wieczną budowlę, mieszczącą siedzibę szefa parlamentu, jego zastępców oraz ich personelu. Prace budowlane ruszyły w połowie 1999 r. i trwały przez prawie pięć lat. Ostateczny koszt zamknął się sumą ponad 400 milionów funtów, znacznie większą, niż zakładano na starcie. Na koniec, warto dodać, że Ian Rankin, szkocki pisarz i jeden z najpoczytniejszych autorów kryminałów na Wyspach Brytyjskich, związał akcję jednej ze swych książek – „Z głębi mroku” – właśnie z trwającą w Edynburgu budową nowej siedziby parlamentu. Stały bohater Rankina, detektyw Rebus, musi rozwiązać zagadkę zbrodni, odkrytej w czasie renowacji Queensberry House…

rob
na zdjęciu: główne wejście do siedziby szkockiego parlamentu, fot. Andrew Cowan.
żródło:
http://www.scottish.parliament.uk/newsandmediacentre/21673.aspx#5 [1]

Ben van Berkel, architekt wszechstronny

2016-09-13

Dzisiejszy wpis poświęcony będzie kolejnemu architektowi, któremu nieobce jest projektowanie domów, budynków użyteczności publicznej czy muzeów. Holender Ben van Berkel z łatwością przerzuca się z jednej formy na drugą i w każdej osiąga całkiem niezłe wyniki. Razem z żoną, Caroline Bos, założył i prowadzi własne biuro projektowe, UNStudio, obecnie działające w Amsterdamie i Szanghaju i zatrudniające prawie sto pięćdziesiąt osób w kilkunastu państwach. UNStudio to skrót od słów „United Network Studio”, mających podkreślić zespołowy charakter tworzonych projektów. Ponadto van Berkel jest profesorem wzornictwa w szkole wyższej we Frankfurcie, wykładał także na Uniwersytecie Columbia, Princeton i Harvardzie.

Van Berkel urodził się w Utrechcie, architekturę studiował w Amsterdamie i w Londynie. W 1988 r, razem z Caroline Bos otworzył własną pracownię. Dziesięć lat później powstało wspomniane UNStudio. Wtedy para miała już na koncie takie projekty jak na przykład most Erasmus w Rotterdamie. Przeprawa łączy północny i południowy brzeg rzeki Maas i przypomina żaglowiec z jednym masztem i olinowaniem, za to bez żagli. Ten maszt jest lekko nadłamany w połowie wysokości i umieszczony po jednej stronie rzeki. Zaczepione do niego liny podtrzymują całą konstrukcję mostu, długą na ponad 800 metrów. Wysokość konstrukcji to z kolei 139 metrów.

W 1997 roku powstał Dom Mobiusa, którego projekt oparto na słynnej wstędze Augusta Mobiusa, niemieckiego XIX – wiecznego matematyka. Wstęga powstała poprzez sklejenie dwóch końców taśmy, odwróconej o 180 stopni i uważana jest – ponoć błędnie – za symbol nieskończoności. Z definicji matematycznej wynika, że wstęga Mobiusa jest „nieorientowana” z brzegiem. Inaczej mówiąc, nie można wyróżnić jej stron. Tyle definicji matematycznej. W praktyce architektonicznej oznacza to budynek, w którym umieszczono płynne przejścia z pomieszczeń o różnych funkcjach – jadalni, kuchni, salonu czy sypialni, zbudowanych na dwóch poziomach. Szklano – betonowy budynek powstał na zamówienie prywatne w Het Gooi niedaleko Amsterdamu.

Wiosną 2006 roku w Sttutgarcie oddano do użytku muzeum Mercedesa, zaprojektowane przez Holendrów z UNStudio. Budynek pełni także funkcje biurowe, mieści restaurację, sklep i audytorium. Mercedes znany jest z produkcji wyrafinowanych samochodów, dlatego muzeum tej firmy nie mogło być zwykłym budynkiem. Rzut poziomy przypomina trójlistną koniczynę, motyw w architekturze stosowany od wieków. Muzeum ma kilka pięter, a elewacja to naprzemiennie metal i szkło, zakrywające belki, podtrzymujące kolejną kondygnację. Zwiedzający najpierw wjeżdżają windą na samą górę, następnie mogą skierować się na dwie trasy: jedna prowadzi szlakiem historii firmy Mercedes, prezentując auta osobowe i ciężarowe. Druga to szlak legend, dokumentujący osiągnięcia techniczne i sportowe niemieckiego koncernu. Ścieżki krzyżują się w kilku punktach, by goście mogli zdecydować, w którą stronę się udać. Obiekt zyskał miano „muzeum XXI wieku”, a jego opis, rozwiązania techniczne i przeróżne ciekawostki znaleźć można w książce „Buy me a Mercedes – Benz”, wydanej przez UNStudio. Tytuł odwołuje się oczywiście do znanej piosenki Janis Joplin, w której pojazd koncernu Daimler Benz jest szczytem motoryzacyjnych marzeń.

rob

na zdjęciu Muzeum Mercedesa w Stuttgarcie, fot. Christian Richters

Abalos + Sentkiewicz

2016-07-13

Urodzony w kraju Basków Inaki Abalos oraz pochodząca z wielkopolskiego Koła Renata Sentkiewicz zaczęli pracować razem w 1999 r. w pracowni Abalos i Herreros. Siedem lat później działalność rozpoczęła firma architektoniczna „Abalos + Sentkiewicz”. Kolejne lata to pasmo sukcesów, nagrody w wielu ważnych konkursach oraz wystawy projektów w Jerozolimie, Rzymie, Barcelonie czy Madrycie.

Renata Sentkiewicz może pochwalić się związkami z Krakowem. To w naszym mieście kończyła architekturę na Politechnice Krakowskiej. Teraz sama wykłada na różnych hiszpańskich uczelniach, w Wenecji oraz w Kolumbii. Abalos jest Baskiem, ale zawodowo związał się z Madrytem. Nie stroni również od Barcelony, rywalizującej od zawsze ze stolicą Hiszpanii. W zawodzie architekta funkcjonuje od 1984 r., kiedy otworzył biuro z Juanem Herrerosem, tworząc wspomnianą wcześniej firmę „Abalos – Herreros”.

Pierwszym projektem hiszpańsko – polskiej spółki architektonicznej był budynek administracji uniwersyteckiej w Badajoz w regionie Estremadura. Prostopadłościan o podstawie prostokąta przyciąga uwagę bryłą oraz trawnikiem, umieszczonym na dachu. Znajdują się tam także dwa pomieszczenia, służące do wypoczynku i relaksu dla pracowników uczelni. Może to być wypoczynek aktywny, ponieważ wzdłuż krawędzi dachu poprowadzono tor do biegania. Ściany budynku są biało – szare, na oknach umieszczono zewnętrzne żaluzje, mające chronić przed ostrym, śródziemnomorskim słońcem.

W 2003 roku powstaje biblioteka publiczna w Userze, jednym z dystryktów Madrytu, kształtem przypominająca niewysoką wieżę. Wrażenie to pogłębiają nieregularnie rozrzucone okna, z których część wygląda jak otwory czy raczej szczeliny strzelnicze. Oryginalności dość monotonnej bryle nadają dobudowane w kilku miejscach ścianki, które z daleka wyglądają jak uchylone okna. Niektóre wystają pod kątem prostym, inne pod ostrym lub rozwartym.

Bardzo ciekawie wygląda skwer i wieża Woermana, które duet Abalos + Sentkiewicz zaprojektował w Las Palmas na Wyspach Kanaryjskich. Ta wieża jest znacznie okazalsza niż biblioteczny budynek, wspomniany przed chwilą. Całość składa się właściwie z dwóch budynków, jednego bardzo wysokiego, oraz drugiego, około trzykrotnie niższego. Między nimi znajduje się niewielki placyk. Elewację tworzą szklane płyty w kolorach żółtym, jasno – niebieskim oraz ciemnym. Ostatnich kilka górnych kondygnacji wyższego budynku jest odchylonych od pionu, w stronę niższej konstrukcji. Z bocznej perspektywy przypomina to nieco statek z pochylonym kominem.

Kosmicznie prezentuje się natomiast dworzec kolejowy w Logrono w północnej Hiszpanii. Zgodnie ze współczesnymi trendami, perony, na które wjeżdżają pociągi, schowano pod ziemią. Na dachu dworca powstał park, z wystającymi, przeszklonymi wieżyczkami, mającymi zapewnić dostęp światła do dolnych kondygnacji. Do tego celu wyposażono je także w lustra. Sufit dworca przypomina jaskinię, z metalowymi, lśniącymi wypukłościami o kształtach ostrosłupów, zwieszającymi się w dół. Wokół dworca powstało pięć bloków mieszkalnych, a całość ma być nową, architektoniczną jakością w Logrono.

rob
zdjęcie Wikimedia, autor Walter Gulielminetti.