Natalia zwiedza Warszawę

Czujnik zadrzewienia

2017-11-17

Niby listopad, ale troska o zbyt mało drzew w mieście nie powinna nas opuszczać. Jak się przekonać, czy jest ich dosyć?
Technokraci nie spoczną chyba, dopóki nie stworzą aplikacji na wszystko. Półbogowie z Olimpu technokracji, jakim jest Massachusetts Institute of Technology, zaprojektowali aplikację o wdzięcznej nazwie-kalce „Treepedia”, która.. analizuje wyniki Google Street View i na tej podstawie wydaje cenzurkę jednej z 26 uwzględnianych przez aplikację światowych stolic.
Wprawdzie twórcy aplikacji zastrzegają się, że będą rozszerzać liczbę miast, branych pod uwagę, ale samo podejście wydaje się zdumiewające. Czy naprawdę WZGLĘDNE zadrzewienie miasta może stanowić jakiekolwiek kryterium? Z analizowanych miast najsłabiej wypada Paryż, mimo Lasku Bulońskiego i szumiących lip; czy jednak naprawdę wypada tak źle w porównaniu z Ułan Baator czy z Tychami?

Nie warto sięgać po aplikacje, które powiedzą to, co już wiemy. Warto sięgnąć po projekt domu i – póki nie zostały jeszcze wkopane kable i instalacje – wskazać, gdzie jeszcze możnaby posadzić krzak bzu (nota bene, aplikacja nie rozróżnia krzewów). O, tu. I tu. I tu.

Kocie łby ocalone!

2017-11-16

Bruki z kocich łbów zaczęły pojawiać się w stolicy Polski w połowie XVII wieku. Przez blisko 200 lat były synonimem prestiżu: dopiero wraz ze zwiększeniem liczby dorożek i innych pojazdów, a z drugiej strony – wzrostem standardów, w tym dotyczących ciszy stało się jasne, że trzeba od nich odstąpić. W miejsce mocowanych w podkładzie tłucznia i piasku otoczaków rzecznych lub polodowcowych kamieni polnych zaczęto układać ściśle dopasowane kamienne ciosy, nadal chwaląc sobie łatwość odprowadzania z bruku wody opadowej i charakter tak ułożonej nawierzchni.

W sto kilkadziesiąt lat później sytuacja się zmieniła: bruki praktycznie wszędzie zastąpione zostały przez asfalt kolejnych generacji lub kostkę betonową, dopasowany bruk zachowywany jest (lub częściej – rekonstruowany) na zabytkowych ulicach lub przy najbardziej prestiżowych budynkach. A otoczaki? Wykonane z nich ulice znalazły się od 14 listopada w Gminnej Ewidencji Zabytków: łącznie trafiło tam 61 ulic, z nawierzchniami z kostki bazaltowej, z historycznymi torowiskami tramwajowymi lub bazaltowymi krawężnikami, lecz także - z „kocimi łbami”!

Wielkiej szkody kierowcom nie uczynią – w większości są to ulice zamknięte dla ruchu kołowego lub w najgorszym razie mało uczęszczane. A zakaz konserwatorski uchroni je przed pochopnym „modernizowaniem”, zachowa ich niepowtarzalny charakter – kto wie, może i da do myślenia, jeśli chodzi o wartości ekologiczne polnych otoczaków?

Po Zaduszkach na ulicach

2017-11-03

Ten blog nie jest o metafizyce, lecz o urbanistyce – ale Wszystkich Świętych i Zaduszki mają swój wpływ również na ład miejski. I nie, nie myślę o wszystkich wyjeżdżających, o „Akcji Znicz”, o skalkulowaniu zysków, jakie płyną do miejskiej kasy z tych tysięcy straganów, sprawnie kasowanych przez strażników miejskich, ani nawet o tym, dlaczego najpiękniejszy kwiat, jakim jest złota chryzantema, może pojawiać się w sprzedaży tylko przez tydzień. Myślę o zwiększonej ofercie władz miejskich, mobilizujących gigantyczny tabor na okazjonalnych, cmentarnych liniach – i o, by tak rzec, zwiększonej ofercie drogowej, czyli licznych, prowadzących do miejsc spoczynku ulicach, na których wydzielono pas lub w ogóle wyłączono je na dwa dni z ruchu samochodowego.
Oczywiście – trochę ciaśniej. Oczywiście – czasami trochę dalej do kwatery rodzinnej (chociaż nie zawsze, zważywszy, jak odsuwane są od cmentarzy parkingi!). Oczywiście – jeśli uparliśmy się wieźć zakupione wcześniej doniczki i wieńce, to nie jest wygodnie tak, jak przy bagażniku samochodowym. Ale.. Nie da się zauważyć, że szybciej. Kolosalna zbiorowość jest w stanie dotrzeć na każdy z cmentarzy warszawskich w ciągu godziny. Często na siedząco. I nie posuwając się noga-za-nogą w stojącym korku. I bez kłopotu z parkowaniem. Jeśli ktoś na dwa cmentarze wybrał się autobusem, a na trzeci – własnym samochodem, miał okazję posmakować różnicy.
Być może nie wszyscy będą się chętnie powoływali na to exemplum – ale dni zaduszne są najmocniejszym, najbardziej wymownym przykładem na to, że buspasy (bądź zamykanie najbardziej zatłoczonych fragmentów miasta z dopuszczeniem tam ruchu autobusowego napędzanego elektrycznością) naprawdę ma sens.

Dmuchawami jesień się zaczyna

2017-10-24

Oczywiście: liści na chodnikach przybywa i przybywać będzie jeszcze przez kilka tygodni. Ale czy to naprawdę znaczy, że musi przybywać również spalinowych dmuchaw, które w ciągu ośmiogodzinnego dnia pracy generują tyle spalin, co „Żuk” starej generacji przez godzinę?
Spory na ten temat mielone są od lat na internetowych forach: kilka środowisk politycznych, związanych z „ruchami miejskimi”, zgłasza postulaty ograniczenia użycia dmuchaw przynajmniej na terenach należących do miasta, ale są to posunięcia najzupełniej daremne. Zresztą reakcje opinii publicznej pokazują, że kwestie te nadal nie zostały poddane uczciwej debacie. Frazy „przecież żyjemy w XXI wieku” oraz „najlepiej, żeby ci krytycy sami wzięli się za grabie przez osiem godzin” pokazują, w jakim punkcie znajduje się dyskusja.
Dwa podstawowe rozwiązania (pomijając już fakt, że firmy sprzątające zatrudniają – albo przynajmniej powinny – ludzi o nie najgorszej kondycji) są na wyciagnięcie ręki. Po pierwsze – można używać dmuchaw akumulatorowych: cichych, niemal równie wydajnych, zużywających znacznie mniej energii i z mniejszym „znakiem węglowym” niż pyrkające smogiem dwusuwy. Po drugie – to rozwiązanie znacznie bardziej całościowe, wymagające perspektywicznego myślenia – można, zamiast standardowych trawników, wprowadzać łąki kwietne i inne użytki zielone, które nie wymagają tak dokładnego zamiatania liści, bo stanowią one część łańcucha ekologicznego.

A po trzecie – można grabić.

Warszawa w epoce przedmostowej

2017-10-21

Wydawałoby się, że władze Warszawy, których reputacja została mocno nadszarpnięta przez skandale korupcyjne, będą się tym bardziej starały, żeby wspierać mieszkańców i wychodzić im naprzeciw w sprawach zwykłych i niekontrowersyjnych: trochę koszy na śmiecie, kładka, dodatkowa linia tramwajowa – wszystko, co może ograniczyć wahnięcia wzburzonej opinii publicznej. Okazuje się jednak, że jakaś piąta kolumna każe im iść na starcie, tłumacząc to w dodatku kłopotami technologicznymi.

Przykład – zapowiedziana na przyszły tydzień likwidacja wiaduktu nad torami kolejowymi na Rakowcu, przeciwko której na próżno walczy stowarzyszenie „Ochocianie sąsiedzi” i radni. Tory (najstarsza linia kolejowa w Warszawie!) dzielą osiedle: kładka istniała od lat 80. XIX wieku: obecna wzniesiona została za Gierka i jest w fatalnym stanie. Co zadeklarował naczelnik dzielnicy? Że nie zostanie odbudowana, ponieważ.. „byłoby bardzo trudno zbudować nową kładkę, ze względu na warunki techniczne”.
Warszawa miała przez lata problem z mostami: kilka inwestycji zniesionych krą ostudziło zapędy budowniczych aż do połowy XIX wieku. W tym czasie opanowano już jednak niełatwą sztukę stawiania filarów i prace, jak to się potocznie mówi, ruszyły z kopyta. Panie Naczelniku, w wykopie, którym biegną tory, nie ma lodów ani wody! Będzie tym łatwiej!

Kiedy warszawska High Line?

2017-10-19

Fenomen nowojorskiej High Line staje się zaraźliwy: tylko w Stanach zamiar naśladownictwa zgłosiło już 20 ośrodków miejskich, w tym Chicago i Atlanta.Przykład sięga jednak dalej: ogromnym sukcesem okazała się dalekowschodnia High Line, czyli południowokoreańskie Seoullo 7017.

Przypomnijmy: oryginalna High Line to zagospodarowany przez firmę specjalizującą się w architekturze krajobrazowej blisko 2,5-kilometrowy odcinek nieczynnej od dziesięcioleci linii kolejowej, biegnącej przez serce zachodniego Manhattanu. Projekt jej wyburzenia, wspierany przez władze miejskie i deweloperów spotkał się ze sprzeciwem społecznym. Po zmobilizowaniu odpowiednich środków, udało się przeprowadzić konserwację konstrukcji i obsadzić betonowy pas, biegnący kilkanaście metrów nad poziomem miasta, tysiącami drzew. Nie inaczej w Seulu, gdzie na niespełna kilometrowym odcinku wyłączonej od dawna z użycia autostrady zasadzono aż 24 tysiące drzew i krzewów. Oczywiście, kolejne high-lines nie są odizolowanym od miasta ogrodem: mają promować ruch pieszy i rowerowy, i na dziesiątki sposobów (schody, pochylnie, ścieżki dojazdowe) połączone są z infrastrukturą komunikacyjną otaczającego je miasta.
Moje pytanie: czy i kiedy pojawi się możliwość zagospodarowania jakiegoś trudnego w „reanimacji” szlaku jezdnego czy kolejowego w naszej stolicy?

Polowanie na dzikie reklamy

2017-10-14

Dzikie reklamy to, jak wiadomo, zmora miast i przedmieść. Na budynkach komunalnych i będących w posiadaniu wspólnot pojawiają się za cichą zgodą zarządców lub spółdzielni mieszkaniowych, na ogrodzeniach i „ziemi niczyjej” – czasem z inicjatywy właściciela mniejszościowego, czasem po prostu prawem kaduka. Właściciel domu jednorodzinnego jest z natury rzeczy mniej narażony na ozdobienie w ten sposób jego domu – mało prawdopodobne, by ktoś wdarł się na jego teren – ale nie chroni to jego oczu w żaden sposób: dzika reklama może pojawić się na płocie, na budynku położonym naprzeciwko naszego, na drodze dojazdowej, i szpecić tam okrutnie. Nie bardzo wiadomo, co z nią z robić: trudno prowadzić permanentną „partyzantkę”, czyli wojnę podjazdową, skoro reklama może wisieć całkiem lege artis!
Dlatego brak mi słów, żeby należycie pochwalić stronę internetową i projekt „Sprzątamy reklamy”, jaki powstał z inicjatywy członków Stowarzyszenia „Miasto Moje a w Nim” we współpracy z Fundacją Training Projects. Siatka wielkoformatowa, bilboard na budynku, banner na ogrodzeniu, potykacz, zwany „koziołkiem”, ba ogłoszenie na przystanku – każdy z tych i pół tuzina innych przypadków został szczegółowo „rozpisany” w trybie algorytmu („Czy pojazd [z reklamą] stwarza zagrożenie dla ruchu?” TAK / NIE], wraz ze szczegółowymi zaleceniami, co można zrobić w każdym z przypadków.

Oczywiście, branża reklamowo-szpecąca nie zasypia gruszek w popiele: zdarza się tak, że algorytm kończy się konkluzją „mamy związane ręce”, bo reklamodawcy dopełnili wszystkich procedur. Ale takich scenariuszy jest mniej niż 5 procent: we wszystkich innych sytuacjach możemy i powinniśmy interweniować: dla dobra krajobrazu i nas samych.

Na stronie http://www.sprzatamyreklamy.org znajdziemy po temu skuteczne narzędzia.

Gdzie raki zimują, gdzie mieszkają hipsterzy

2017-10-01

Mapy są niezrównane nie tylko, gdy ukazują rzeczywistość obiektywną, mierzalną, lecz i gdy pomagają zilustrować przekonania i poglądy. A co dopiero, kiedy idzie nie o przekonania na temat innych i funkcjonujące ich wyobrażenia, lecz o stanowisko na temat samego siebie, oceny statusu materialnego i społecznego siebie i sąsiadów!
Jedną z ciekawszych tego rodzaju inicjatyw tego rodzaju jest startup „Hoodmaps”, który pozwala mieszkańcom miast określić i zakwalifikować swoją najbliższą okolicę i panujący w niej klimat społeczny. Czy zamieszkują ją hipsterzy, grzeczni akademicy, nowobogaccy, ziomale czy niższa klasa średnia?
Metodologia pozostawia wiele do życzenia, o zabezpieczeniach przez możliwością nadużywania „maszynki głosującej” głucho, ale, jak widać, na razie rzecz nie budzi aż tak wielkich emocji, bo uzyskany wizerunek nieźle pokrywa się z intuicyjnymi przekonaniami. Wśród kilkuset przebadanych miast prym wiodą anglojęzyczne, z polskich znalazły się na razie w zestawieniu Warszawa, Kraków i Gdańsk – ale to, co widać, może stanowić niezłe źródło informacji dla developerów, szukających wolnych (lub potencjalnie wolnych) obszarów, uznawanych za prestiżowe.
Inna rzecz, że od kiedy usłyszałam w radiu hasło kampanii promocyjnej, mającej rozreklaować nowo zbudowane, luksusowe osiedle na pograniczu Śródmieścia, Żoliborza i Woli – a brzmiało to hasło „Sobota na Kolskiej!” - mam wrażenie, że developerzy za nich mają potoczne wyobrażenia na temat dystrybucji prestiżu i „pamięć kulturową” miast. A może się mylę, może lokale na Kolskiej kupią właśnie postmodernistyczni varsavianiści-ironiści, igrający z pamięcią najsławniejszej izby wytrzeźwień w całym PRL?

Pasteloza jest uleczalna

2017-09-27

Dla milionów mieszkańców osiedli w Polsce ta wiadomość jest jak news o wykryciu lekarstwa – no cóż, może nie na najcięższe choroby, ale na katar czy łuszczycę. Pasteloza jest uleczalna! Alternatywą dla szarzyzny „baranka” i odpadających paneli ocieplających nie musi być jaśniejąca za oknem paleta różów majtkowych i brzoskwini!
Na zdrowy rozum wydawało się tak od dawna. Ale to jedna z wielu organizacji miejskich, Stowarzyszenie Traffic Design, w porozumieniu ze spółdzielnią mieszkaniową z Gdańska podjęło się odnowienia jednego ze „spastelozionych” bloków, przy okazji nadając mu godność, proporcję i urodę.
Terapia nie polega bowiem na prostym „pomalowaniu na biało”. Jeśli pomysłodawcom rzeczywiście zależy na atrakcyjnym, a zarazem nieagresywnym pokazaniu samej w sobie niezbyt urodziwej, często topornej bryły PRL-owskiego budynku o małych oknach, rzecz wymaga dużo pracy: konieczne jest odpowiednie do lokalizacji i oświetlenia budynku wybranie odcienia, przygotowanie podłoża, wreszcie – dodatkowe zorganizowanie powierzchni, poprzez np. narzucenie siatki delikatnych glifów, jak w sgrafitto.
Zdjęcia bloku przy gdańskiej ulicy Lelewela robią furorę w sieci. Na pastelozę (w dyskusjach z udziałem młodych ludzi wymienianą jako jedna z większych przywar współczesnych miast) istnieje proste lekarstwo na końcu pędzla.

Wielka mapa skojarzeń

2017-09-24

Gra w skojarzenia to znakomita zabawa w liceum. Czasem ktoś niesie ze sobą to doświadczenie dalej i zostaje poetą; ale zwykle umiejętność ta traktowana jest jako prywatna słabość, feblik, może dowód na żywość inteligencji, w żadnym razie jednak narzędzie porządkowania świata.
Musiałam jednak zmienić opinię w tej kwestii, gdy zobaczyłam mapę stworzoną przez stowarzyszenie "Okno na Warszawę": w oryginalnej wersji powstała ona przez blisko trzema laty, nadal jednak jest dopracowywana i uzupełniana, nadal napływają echa i spostrzeżenia od lokalnych patriotów, dynamizujące obraz Warszawy.
W skrócie - w wyniku operacji, łączącej wyobraźnię poetycką z przetwarzaniem "big data", czyli wielu informacji napływających od sympatyków stowarzyszenia, kontaktujących się z nim na Facebooku, powstała mapa, w której każdej dzielnicy przypisanych zostało od kilku do kilkunastu krótkich, intuicyjnych haseł - co do zasady odwołujących się nie (a przynajmniej nie tylko) do osobistych wspomnień, lecz "intersubiektywnych", to znaczy przywołujących wspólną pamięć i wspólne dziedzictwo.
Białołęka? "Cisza, korki, daleko, więzienie". Włochy? "Staw, zieleń, dzieciństwo, WKD". Niesłychane, że kilka koncertów Metalliki na trwałe wpisało się w pamięć mieszkańców Bemowa, że Praga Południe dla wszystkich badanych pachnie czekoladą.
Patrzę na tę mapę i myślę, że to świetny bryk dla każdego potencjalnego autora "powieści warszawskiej". I że można coś podobnego narysować dla swojego miasta, ulicy, ba - mieszkania.

Ta strona używa cookie. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Zamknij