BIURO ARCHITEKTONICZNE: KRAKÓW, WARSZAWA, GDAŃSK, SZCZECIN, WROCŁAW, LUBLIN, POZNAŃ, KATOWICE, BYDGOSZCZ, OLSZTYN
0
Twoja teczka

Natalia zwiedza Warszawę

Plac Defilad jak za Malenkowa

2017-07-05

„Miasto uporządkuje i ożywi przestrzeń w centrum stolicy – grzmię reklamy. - Ogłaszamy międzynarodowy konkurs na koncepcję funkcjonalno-przestrzenną Placu Centralnego!”.
Idzie o zaprojektowanie środkowego fragmentu Placu Defilad przed Pałacem Kultury i Nauki imienia Józefa Stalina – czyli gigantycznego wywieiska-patelni między schodami zigguratu a upstrzonymi festonami zużytych pampersów i pustych torebek po frytkach z McDo krawężnikami ulicy Marszałkowskiej jest wspaniała. Zaprojektowane na defilady w północnokoreańskim stylu miejsce, odkąd wysiedlono z niego rdzewiejące szczęki, służy za parking cieknących olejem hamulcowym autobusików firm przewozowych. Łatwiej tam o guza niż o sprawny atest Inspekcji Transportowej. W lecie żar, w zimie przeszywający mróz, zimny deszcz i duszące spaliny – o każdej porze roku.

Jak jednak wyglądają pierwsze wizualizacje miejsca, flankowanego przez budynki bardzo dobrze widzianych na dzisiejszych salonach warszawskich Muzeum Sztuki Nowoczesnej i TR Warszawa? „Dziewiąta edycja naszego festiwalu będzie przebiegała pod hasłem „Plac Defilad. Krok do przodu”. Będziemy ingerowali w przestrzeń placu stawiając pytania o jego przyszłość, prezentowali analizy i materiały historyczne oraz oprowadzali po nim mieszkańców” – szczebioce Joanna Mytkowska, dyrektor Muzeum Sztuki Nowoczesnej.
A na wizualizacjach - zgroza: siwoszara pustka z glazurowanego, polerowanego betonu, lekko tylko zbrutalizowanego i zmodernizowanego, zgodnie z duchem czasów. Z boku – pnącza na jednej ze ścian. I tyle.
Siwoszary odcień popiołu świetnie wygląda na prezentacjach. Warto jednak, by czasem ktoś posypał nim sobie ró wnież głowę.

Guma, trawa, cisza

2017-06-30

Im więcej o tym czytam, tym bardziej fascynują mnie możliwości wyciszania pojazdów szynowych, najbardziej wydajnych w ruchu miejskim. Kolei podziemnej chyba nie trzeba fundować takich luksusów – ale pociągi, ciągnące przez Warszawę na wysokich nasypach? Ale tramwaje, których (na szczęście) coraz więcej?
Istnieją aż dwa wygodne i oczywiste warianty torowiska wyciszone: oba wznoszone bez grysowej podsypki, która grzechocze i rezonuje: z ciągłym lub punktowym podparciem szyny. W obu stosowane są gumowe podkładki pod szyny i kilka warstw izolacyjnych. Podstawowa różnica wiąże się z dodatkowymi zastosowaniami torowiska: te z nawierzchnią asfaltobetonową mogą być wykorzystywane również przez pojazdy kołowe (w ramach stanu emergency lub jako codzienne rozwiązanie, jak ma to miejsce na Marszałkowskiej). Te z nawierzchnią trawiastą nie powinny być rozjeżdżane przez samochody (choć, naturalnie, jeden przejazd nie zaszkodzi), wyglądają za to urzekająco w środku miasta, a choć trawa jest pewnie zbyt zanieczyszczona, by ryzykować jej kośbę, tlen wydziela tak samo jak jej łąkowe kuzynki.
Do obu rozwiązań potrzeba dużych ilości geowłókniny, gumowych podkładek, fundamentu ze zbrojonego betonu Biorąc pod uwagę, że w przypadku nawierzchni trawiastej nie jest potrzebna budowa systemu odprowadzania wody, koszty są naprawdę niewiele wyższe: wymieniany jest „skok” o 20 lub 40 proc. kosztorysu. I niech w tej sytuacji ktoś wytłumaczy: dlaczego wszystkie stołeczne torowiska nie mają nawierzchni trawiastej?

Kazamaty Ratusza

2017-06-21

Jak się okazuje, ratusz warszawski nie tylko nie zamierza ograniczyć obecności samochodów w centrum, ale zamierza stwarzać dla nich dogodniejsze warunki… budując kolejne parkingi podziemne (i to mimo, że wiele komercyjnych, w tym ten pod Złotymi Tarasami, pozostaje niewykorzystany!).

„Filozofia” – jeśli to nie za duże słowo – transportu miejskiego podkreśla, że i tak nie sposób jest zmieścić wszystkich pojazdów w centrum miasta – i należy rozbudowywać do tego dostęp. Ale co tam: parkingi mają być rozwiązaniem!

Czy rzeczywiście? Ich koszt wyniesie – uwaga: 200 mln zł. RUCH „Miasto Jest Nasze” już przeliczył, ile można by z tych środków zbudować publicznych przedszkoli, szkół, żłobków czy przychodni. 200 mln – za raptem 2500 samochodów! Koszt budowy na głowę mieszkańca (obywatela) Warszawy wyniesie ok. 120 zł: ilu z warszawiaków z tego skorzysta?

Ale co tam najgorsze jest co innego: parkingi te nie powstaną przy zatłoczonych, niedostępnych dla ludzi placach: Placu Teatralnym czy Placu Konstytucji. Zostaną wzniesione w okolicach ulicy Chłodnej – czyli na bliskiej Centrum Woli, gdzie właśnie rodzi się „nowy Mordor” biurowo-korporacyjny. Cudownie..
A kiedy już wydawałoby się, że dowiedzieliśmy się o tym, co najgorsze – okazuje się, że miasto Warszawa zamierza uruchomić na lato – lato, na które już zapowiadane są rekordowe upały! – „Omnibusy konne”. W rozpalonym mieście, w sznurach samochodów, ogłupiałe, udręczone konie ciągnąć będą (dobrze jeszcze, że nie pod górę, jak w Tatrach!) wagoniki z pasażerami. Co za atrakcja! Może jeden z przystanków urządzić na nowym parkingu podziemnym?

Ekstremalne rozwiązania, nocne jazdy

2017-06-17

Mrówcze tropy – tak chyba skomentować można dokonanie kartograficzne Macieja Florczaka, analityka Zakładu Transportu Miejskiego, który wystąpił do portalu jakdojade.pl (firmy usługowej, zajmującej się wyszukiwaniem danych o połączeniach komunikacji miejskiej, obsługującej już kilkanaście miast, ale najbardziej zaawansowanej – co zrozumiałe – w Warszawie) o dane dotyczące występowania zapytań i współrzędnych, jakich dotyczyły. Rzecz jasna, dane były zanonimizowane – dotyczyły wyłącznie tego, jakie punkty docelowe (i startowe) wyszukiwane były najczęściej, a także – gdzie znajdowali się użytkownicy w chwili wyszukiwania.

Dane pochodziły tylko z jednego tygodnia marca: w sumie nazbierało się ich ponad 3 miliony. To niezwykły widok: mrówcze miasto, rozświetlone na błękitno, w którym „węzły” pojawiają się przy stacjach metra, wielkich skrzyżowaniach, ale – co charakterystyczne i na co zwraca uwagę pan Maciej – również w małych alejkach prowadzących do jednego z centrów handlowych na granicy Żoliborza i Centrum.

Ile małych/wielkich historii ludzkich! Jakie narzędzie do badania przepływów ludzi i obszarów największej „bywalności” – fascynujące dla badaczy, cenne dla deweloperów, niebezpieczne w rękach terrorystów Gdyby mógł zobaczyć to Prus…

Książkościanka

2017-06-12

Książki jako budulec? Zawsze budzi to wątpliwości, nawet, gdy jest konceptualnym żartem współczesnego artysty. Budujcie domy, a w nich jak największe biblioteki – ale nie z zadrukowanego papieru.
Reaguję może z przesadną irytacją, ale transgresje i ironie artystów współczesnych, również tych ocierających się o architekturę, są tak rozpaczliwie oderwane od świata! Na wystawie sztuki nowoczesnej w niemieckim Kassel, jednej z największych na świecie, furorę robi pani Marta Minujín z instalacją „Partenon książek”: w drucianym szkielecie, wiernie odtwarzającym kształt i rozmiary świątyni a Akropolu, umocowano, na deszczu i wietrze, setki książek: na wyróżnienie zasłużyły te, które gdzieś, kiedyś „zostały zakazane”.
Mniejsza już o to, że obecna instalacja jest po prostu repliką pracy „The Parthenon of Books” pani Minujín sprzed blisko 35 lat, z roku 1983. Wówczas świętowała, przy pomocy miniatury Partenonu, obalenie trwającej przez pięć lat dyktatury w Argentynie, która (rzeczywiście, wyjątkowy kretynizm) zakazywała m.in. książek Hemingwaya i Yorucenar oraz „Małego księcia”. Dziś budżet pozwala na wzniesienie pełnowymiarowej repliki świątyni, a świadomość – na walkę z opresją na całym świecie.
Ja jednak niezmiennie myślę, że miejsce książek jest na półkach. I, wspominając głośną przed laty warszawską pizzerię, gdzie przy ścianach umieszczono grzbiety tysięcy tytułów – dla wygody przyciętych na tę samą szerokość, by nie było kłopotu z ustawianiem – nie wybieram się i w tym roku do Kassel.

Bawiąc uczyć

2017-06-09

Informacja miejska (i leśna) to poważna sprawa. Z czasów PRL pamiętam koszmarne tablice z rozmiękłej, czerniejącej od grzyba dykty, z której dawno złuszczyła się farba. Blaszane tablice bywają odporne na wodę trochę bardziej – ale też daleko im do doskonałości. Lakiery przyniosły tylko niewielką poprawę: nadal mamy do czynienia z kakofonią kolorów i kształtów. A jeśli już coś jest spójne, jak współczesne systemy informacji miejskiej, nadal pozostaje wyzwaniem kwestia, jak uczynić je wandaloodpornymi?

Jedna recepta, którą wynieśliśmy jeszcze z PRL, to – namnożyć rozwiązań. „Wandal promienieje, kiedy jednym cięciem pozbawia telefonu całego osiedla, opadłyby mu ręce, gdyby automat telefoniczny stał na każdej klatce” – rezonował wówczas Jacek Fedorowicz. Innym rozwiązaniem jest jednak po prostu solidne wykonanie. Aluminium, stalowe kątowniki, napylana farba proszkowa – wszystko to może sprawić, że nawet niewielkie słupki ogłoszeniowe służące edukacji, przekazywaniu informacji turystycznej bądź zawierające przypomnienie zasad pierwszej pomocy utrzymają się na swoim miejscu przez wiele miesięcy.

Na przystanku PKS-u

2017-05-26

Są chwile – rzadkie – kiedy myślę o dobrych stronach umiarkowanej, leniwej i niekompetentnej tyranii. Czyli takiej, jaką sprawowały władze lokalne w latach 70. na prowincji Związku Sowieckiego, od Mołdawii po Tadżykistan.

Przekupne, tchórzliwe i bez reszty posłuszne KGB? Naturalnie. Niezdolne do większości inicjatyw, niepochodzące z prawdziwych wyborów, zdolne, jeśli pojawiłaby się taka dyrektywa, do każdego świństwa? Oczywiście.

Ale zarazem – nieszczególnie zatroskane kosztorysami i budżetem. Zainteresowane w możliwie spektakularnym realizowaniu „potrzeb miejscowej ludności”, czytaj – pastwisk, przestronnych (i niedoinwestowanych) szkół oraz – przystanków.

A skoro tak – czemu by czegoś nie wznieść? I tak lata 70., wraz ze względną prosperity, obfitością paliwa i w miarę gęstą siecią transportu publicznego przyniosły prawdziwy wysyp przystanków komunikacji autobusowej. To paleta i antologia stylów: są wśród ich okazy brutalizmu, przystanki sielskie i rustykalne, „etniczne”, monumentalne i eko.

Christopher Herwig, który wydał ostatnio poświęcony im album, ekscytuje się może przesadnie, zwłaszcza, że przystanki są dziś w fatalnym stanie: odrapane, spękane, skorodowane, stanowią żywy dowód zapaści państwa, które od ćwierć wieku nie może się podnieść. A jednak warto przekartkować ten album, przynajmniej w internecie, by zdać sobie sprawę, jak często warto wspierać administrację lokalną z inicjatywą.
Link:
http://quibbll.com/9892-sovetskie-avtobusnye-ostanovki-ot-kristofera-herviga-christopher-herwig/

Tunel pod tunelem

2017-05-20

Pamiętam, jakie wrażenie zrobiła na mnie pierwsza wizyta na dworcu Berlin Sudbahnhof, gdzie biegnące w różnych kierunkach tory kolejowe, perony i tunele umieszczone są na trzech poziomach – w dodatku pod dwupoziomową halą dworca! Naturalnie, zazwyczaj poziomy te są przesłonięte stopami, jest tylko kilka miejsc, z których można dostrzec „przekrój” ziemi na 50 metrów w głąb – ale widok taki zapiera dech. XIX-wieczna inżyniera nie mogła o czymś podobnym nawet pomarzyć, XX-wieczna – nie miała na takie inicjatywy środków technicznych ani inwestycyjnych.

Warszawa stawia pierwsze kroki na drodze „wielopoziomowości podziemnej”. Tunel metra biegnie już pod dnem Wisły – i pod tunelem średnicowym. A jednak to, co szykuje się na Ursynowie Południowym, budzi respekt.

Pod tunelem metra – bo że pod aleją Komisji Edukacji Narodowej, nie dziwi już chyba nikogo! - zostanie przeprowadzony mega-tunel, ośmiopasmowy tunel południowej obwodnicy Warszawy S-2!

Maniacy techniki zachwycają się perspektywą sięgnięcia po raz pierwszy w stolicy po technologię tzw. ścianki berlińskiej, polegającej na tym, że w gruncie najpierw umieszczane są stalowe profile, a potem za pomocą specjalnej wiertnicy grunt pod nimi jest „podwiercany” - tak, że osuwają się coraz niżej pod własnym ciężarem, bez konieczności wbijania ich w grunt potwornym kafarem, od wstrząsów którego drżała zastawa i obrazy spadały ze ścian.

Ja, choć ucieszona widokami na ciszę, przede wszystkim pozostaję pod wrażeniem samej, by tak rzec, głębi prac: ściany szczelinowe zejdą na 35 metrów w głąb od poziomu gruntu, toż to głębiej niż niejedna studnia oligoceńska! Naprawdę żałuję, że na razie ucichło o planach rozbudowy Okęcia: gdyby tak POD OBWODNICĄ wykopano TRZECI tunel, np. przeznaczony dla szybkiej kolei dojazdowej...

Batalia o furtkę

2017-05-15

Dużą tradycję w Polsce mają, jak wiadomo, spory o mur graniczny. O kłótniach o furtkę w nim – ciszej. Zmienić to może dopiero inicjatywą radnego z Ursynowa, który rozpoczął batalię z władzami Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, domagając się – przejścia do rezerwatu na Skarpie Warszawskiej przez ogrodzenie, wzniesione na wysokości SGGW.

Sprawa stała się sensacją sezonu w kręgach ursynowsko-wilanowskich (ogrodzenie zostało wzniesione dokładnie na granicy tych dwóch dzielnic, co dodatkowo komplikuje sprawę pod względem jurydycznym, kompetencyjnym i prestiżowym). Interpelacje radnego Pawła Lenarczyka, korespondencja między burmistrzami obu dzielnic, Inspektoratem Nadzoru Budowlanego, rektorem a Regionalną Dyrekcją Ochrony Środowiska krążyły ze swadą i ogniem.

Istota sporu jest jednak, jak się wydaje, trudna do rozstrzygnięcia, i wiąże się z konfliktem dwóch zasad: izolowania i ochrony rzadkich gatunków (która przyświeca wszystkim twórcom rezerwatów) oraz udostępniania terenów rekreacyjnych i wartościowych przyrodniczo mieszkańcom miasta spragnionym zieleni (do której odwołują się najwyraźniej zarówno radni, jak burmistrz Ursynowa, sekundujący inicjatywie). Wtórna jest, deklarowana przez rektorat SGGW, troska o to, jak finansować koszty ochrony rzadkich nasadzeń i odrestaurowanych niedawno XIX-wiecznych fontann – bez czego prawdopodobnie nie obeszłoby się po udostępnieniu rezerwatu wszystkim ursynowianom.

Nadzór konserwatorski nad Skarpą (w tym wytyczanie rezerwatów przyrodniczych) roztoczono w latach 60. XX wieku, gdy tylko najodważniejsi planiści myśleli o powstaniu dzielnicy Ursynów i rozbudowie campusu SGGW. Podobna sytuacja ma miejsce na innych obrzeżach Warszawy: nowe osiedla i zabudowa jednorodzinna niebezpiecznie zbliżają się do rezerwatów ścisłych na terenie Kampinoskiego Parku Narodowego (podchodzącego wszak pod stolicę), lasów Białołęki, bagnistych terenów Mysiadła.

Zabawnie jest widzieć, jak rzeczywistość miejska zatoczyła krąg: miasto nowożytne na ziemiach polskich powstawało jako zlepek ziem królewskich, prywatnych i kościelnych parcel oraz tzw. „jurydyk” magnackich. Ostatnie z nich zachowały swoją autonomię prawną jeszcze w początkach zaborów: znacznie dłużej utrzymywały się w centrach miast kłujące oczy uboższych mieszczuchów prywatne ogrody i parki. Minęło 200 lat unifikacji – i wyodrębnione, niedostępne wszystkim jurydyki pojawiają się znów. Tyle, że rządy sprawują w nich już nie Czartoryscy, lecz chrobotki reniferowe.

Zamek trzeszczy w szwach

2017-05-12

Zręby Zamku Książąt Pomorskich wzniesiono w XIV wieku, za sprawą księcia Barnima III, ale bryła na kształt dzisiejsze stanęła w dwa wieki później. Po zniszczeniach dokonanych w XIX wieku, kiedy stacjonował tam pruski garnizon, a także alianckich bombardowaniach podczas wojny, odbudowy dokonano dopiero w latach 60. i 70. ubiegłego wieku, na wzór mocno „starówkowy”: byle było podobne do rysunków na starych sztychach… Skrzydłem północnym zajęto się dopiero przed dwoma laty, ale szczecinianie zbyt się nim nie nacieszyli: w piątek 11 maja runęły stropy na trzech kolejnych kondygnacjach. Między II piętrem a piwnicami zieje pustka.

Jak widać z opublikowanego przez lokalne media zdjęcia, nie jest to jedynie kwestia więzadeł czy legarów podłogi: to, jak ścięty został wzniesiony z litego przecież kamienia filar wróży jak najgorzej, jeśli idzie o naprężenia, których doświadcza bryła.
Pierwsze pęknięcia pojawiły się już pod koniec kwietnia: wówczas określano je w komunikatach prasowych mianem „rys”, były one jednak wystarczająco głębokie, by zamknięto część skrzydła i odwołano niektóre spotkania. Dyrekcja obiecała wówczas przeprowadzenie stosownych badań, na ścianach przyklejone zostały, znane wszystkim mieszkańcom i sąsiadom starych kamienic, tafelki szkła, pozwalające na monitorowanie skali naprężeń.

Pytanie, na które nie poznamy dziś odpowiedzi, brzmi: czy winna jest płyta tektoniczna, drgania w centrum metropolii, jakim jest Szczecin, czy niedopatrzenia podczas remontu sprzed dwóch lat? I czy renowacje (a de facto odbudowy) budynków historycznych nie są obarczone zbyt dużym ryzykiem, jeśli wykorzystuje się jedynie dawne technologie („żadnych żelbetów, tylko cegła”), obciążając zarazem podłogi i stropy wycieczkami, klimatyzatorami windami jak najbardziej z XXI wieku?

Ta strona używa cookie. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Zamknij