BIURO ARCHITEKTONICZNE: KRAKÓW, WARSZAWA, GDAŃSK, SZCZECIN, WROCŁAW, LUBLIN, POZNAŃ, KATOWICE, BYDGOSZCZ, OLSZTYN
0
Twoja teczka

Natalia zwiedza Warszawę

Rotunda rediviva?

2017-03-17

W urbanistycznym kinie akcji to, co stało się wczoraj w sercu Warszawy byłoby odpowiednikiem strzelaniny, rozpoczętej przez Jasona Stathama. Po tygodniowych pracach wyburzeniowych stołeczny konserwator zabytków Michał Krasucki zadecydował o wstrzymaniu prac rozbiórkowych w Rotundzie PKO. „Decyzję dostarczyliśmy do dyrekcji banku PKO BP, a kopię kierownikowi budowy” – poinformował.
Jak się okazało po dotarciu do stalowego szkieletu budynku, obecna Rotunda nie jest, jak przypuszczano, jedynie zbudowaną pospiesznie repliką oryginalnego gmachu projektu Jerzego Jakubowicza, wzniesioną po katastrofalnym wybuchu gazu w roku 1979. Pod nieco zniszczonym poszyciem zachowała się oryginalna stalowa pajęczyna nośna z lat 60.
Oryginalna jest również tzw. „Czapka generalska”, czyli część konstrukcji odpowiadająca za charakterystyczny, najeżony kształt dachu. To zaś oznacza, że konserwator Piotr Brabander, wydając w styczniu 2015 roku decyzję zezwalającą na rozbiórkę „w związku z tym, że konstrukcja budynku nie jest oryginalna i z powstała w trakcie remontu po wybuchu”, nie miał racji.
Nowa sytuacja prowadzi do kolejnych pytań. Jakie będzie stanowisko konserwator wojewódzkiej, w której gestii leży wpisanie budynku do rejestru zabytków? Co, jeśli stanowiska obojga będą się różnić? Czy poprzedni, winny zaniedbania, konserwator poniesie odpowiedzialność karną i zawodową? A przede wszystkim – co zrobi właściciel budynku i inwestor, czyli Bank PKO BP, który z powody mylnej ekspertyzy poniósł wielomilionowe straty finansowe i wizerunkowe?

Czy to możliwe, że kampania wyborcza zaczęła się od służb współdziałających z ratuszem, choć mu niepodległych?

Strefa na skróty

2017-03-13

Czy da się wprowadzić w dużym mieście strefę „Tempo 30” na większą skalę niż na pojedynczej, położonej na peryferiach uliczce? Można. Ale trzeba się do tego spokojnie, w solidnym tempie przygotować. I zainwestować.
„Magazyn Miasta” przypomina, jakim falstartem okazało się przed rokiem wprowadzenie „Strefy Tempo 30” w śródmieściu Katowic. Miało być doskonale – zrównoważony rozwój, mniej samochodów, uszanowani piesi, więcej miejsc parkingowych… - a wyszło jak zawsze: korki, żadnego zagospodarowania pasów drogowych. Piratów drogowych mnóstwo, rowerów jak na lekarstwo – i kolejne interpelacje radnych w sprawie przeprowadzenia referendum i wycofania się przez miasto z decyzji.
Nic dziwnego, bowiem.. Przyoszczędzono. I to drastycznie: zamiast jakichkolwiek konsultacji, informacji o wprowadzeniu ograniczeń, rozbudowaniu komunikacji miejskiej, zmiany oznakowania i sygnalizacji świetlnej – ograniczono się do wprowadzenia zakazu, którym objęto w dodatku również dwie arterie, przebiegające przez środek obszaru śródmiejskiego: al. Korfantego i ul. Warszawską.
No cóż – jeśli działać w ten sposób, to można od razu wysadzić jakieś rondo w powietrze – taniej wyjdzie. Tymczasem zmiana programu komunikacji w centrum aglomeracji to nakłady rzędu kilkunastu milionów złotych. Nowe trasy. Wielkie parkingi na obrzeżach. Nowe linie tramwajowe i autobusowe, posady dla kierowców i motorniczych, sporo patroli. Ścieżki rowerowe.
Ale takie rozwiązania mają szanse się opłacić. Tyle, że nie po miesiącu: po pięciu latach.

Deweloper – Tradycja 27:1

2017-03-09

Fajnie to się zaczynało przed ponad wiekiem. W roku 1893 trzech polskich inżynierów i czterech przedsiębiorców założyło „Przemysłowe Towarzystwo Udziałowe” produkujące armaturę, ryzykując przy tym (na szczęście się to opłaciło!) posag swoich siedmiu córek. W roku 1907 PTU zmieniło nazwę na „Towarzystwo Udziałowe Specyalnej Fabryki Armatur i Motorów” i wprowadziło do znaku towarowego nazwę „Ursus”.
Potem sporo się działo. Pierwsza i druga wojna, odbudowa, industrializacja, traktory zdobędą wiosnę, Marzec, Grudzień i Czerwiec ‘76, ostoja Regionu Mazowsze, stan wojenny, wolność, kryzys, upadłość w roku 2003.. I cały czas z taśmy schodziły kolejne czołgi, pojazdy, traktory.
Deweloperzy Unidevelopment S.A. oraz CPD S.A. też kochają Ursus, ba, namawiają do tego w haśle "Pokochaj Ursus", którym reklamują budowane przez siebie osiedle Ursa Smart City. Taka miłość, gorąca i zazdrosna, nie chce konkurencji i pragnie czynów. Pewnie dlatego w ostatni weekend zburzyli, jak donosi stowarzyszenie Miasto Jest Nasze, jedną z ostatnich zachowanych przedwojennych hal.
Na wizualizacjach, jak piszą blogerzy i aktywiści z dzielnicy, hale doskonale wpisane były w nową zabudowę. Konserwator zabytków wpisywał je nawet do rejestru. Wpisywał, wpisywał… Już osiem lat. A w sobotę nad ranem, jak twierdzi inwestor, hala wzięła i się rozsypała. Zapamiętajcie sobie państwo: w sobotę nad ranem. To wtedy sypią się w Polsce wszystkie zabytki. To pewnie klątwa Kazimierza Wielkiego, tego, co to zostawił Polskę murowaną.
Na filmach kręconych przez mieszkańców widać, że tak całkiem sama ta hala się nie zawaliła: kręciło się przy niej całkiem sporo spychaczy i maszyn z wiertłami. Ale czy jakiś sąd zechce spojrzeć na te zdjęcia?

Absolutyzm w Ratuszu

2017-03-04

Kolejny teren miejski okazuje się sprzedany za grosze: grunt, który miał być przeznaczony pod miejski basen i parking wielopoziomowy, ma zostać zabudowany przez prywatnego dewelopera! Ironii całej sprawie dodaje fakt, że mowa o Kamionkowskich Błoniach Elekcyjnych, czyli jednym z pomników polskiego parlamentaryzmu i elekcji królewskich. Trudno mówić o duchu demokracji w sytuacji, gdy burmistrz z błogosławieństwem ratusza łamie założenia miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego!
Wiceburmistrz Pragi-Południe Jarosław Karcz zapewniał, że „na sprzedanym terenie w grę wchodzi jedynie budownictwo mieszkaniowe”. Ale to nieprawda: zgodnie z miejscowym planem, na większości (60 proc.) sprzedanego terenu przewidziano pełnienie usług publicznych: budowę parkingu wielopoziomowego oraz pływalni miejskiej. Co więcej, ostatnią jedną piątą działki przeznaczono na.. tereny zielone, z wyraźnym zakazem zabudowy. Już widzę jak, wobec ostatniej plagi wycinki, deweloper dba na swoim prywatnym terenie o zadrzewiony park publiczny…
Dodatkową zagwozdką jest fakt, że Kamionkowskie Błonia Elekcyjne stanowią w czterech piątych zabytek: wybrano tam bowiem aż dwóch władców Rzeczpospolitej, w tym pierwszego elekcyjnego (choć niezbyt fortunnego): Henryka Walezego. Tamtędy również trafił na tron Polski i Litwy August III Sas: i tylko nie wiadomo, czemu pobliską ulicę nazwano Bulwarem Stanisława Augusta..
Nie wiadomo, czemu zezwolono na sprzedaż terenu prywatnemu inwestorowi, jak miasto zamierza wywiązać się ze zobowiązań w kwestii budowy basenu i ochrony dziedzictwa kulturowego. Dotychczasowi burmistrze zbyt często zachowują się jak kiepskie kopie Ludwika XIV lub Józefa II, nie zaś – wybrani w wyborach urzędnicy nowoczesnego miasta.

Długa droga przez most

2017-02-26

Most Łazienkowski spłonął dwa lata temu, w połowie lutego. Przy okazji na jaw wyszły fatalne zaniedbania zarówno w kwestiach materiałowych (most, stanowiący zwornik Trasy Łazienkowskiej, będącej oczkiem w głowie Edwarda Gierka i jedną z najgłośniejszych inwestycji „gierkowskiej” Polski, okazał się być wypełniony drewnianym, spróchniałym i łatwopalnym belkowaniem!), jak bezpieczeństwa – podpalili go najpewniej bezdomnni, którzy zaprószyli ogień, koczując w galeriach wewnątrz mostu, które powinny być zamknięte na cztery spusty. Nie wykluczano sabotażu – okazało się, że przez most biegły ważne dla infrastruktury państwa światłowody, które oczywiście poszły z dymem.

Sam most odbudowano stosunkowo prędko, po osmiu miesiącach. Nieźle pokazuje to priorytety: w tym czasie mogły już ruszyć przez most samochody, schody do przystanków zbudowano w dziesięć miesięcy później, i wtedy dopiero most mógł zacząć służyć osobom mieszkającym lub pracującym na Czerniakowie.

Ale to i tak nieźle w porównaniu z kładkami rowerowymi: konstrukcja to najprostsza z możliwych, ale nie wykonano jej do dziś, nie pojawi się nawet wiosną: rzecznik Zarządu Dróg Miejskich Mikołaj Pieńkos ma nadzieję – choć nie pewność – że trasy rowerowe w podwieszonych pod mostem „galeriach” zostaną otwarte pod koniec lipca br., czyliw blisko 2,5 roku po pożarze i na chwilę przed końcem lata.

Nie pojeździmy nimi zbyt długo: już w roku 2018 ruszy remont wiaduktów nad Parkiem Agrykola. Ruch zostanie na trochę wstrzymany, potem ruszy jedną stroną jezdni – i rower naprawdę prościej będzie przewieźć na drugi brzeg metrem lub tramwajem wodnym.

Kolejny Mies van der Rohe w Polsce?

2017-02-23

Jak wiadomo, każdy kraj, a przynajmniej każdy region ma swój „Paryż” („Paryżem Imperium” była dla wielu w czasach zaboru rosyjskiego Warszawa, o tytuł „Paryża Bałkanów” rywalizują od wieku Belgrad i Budapeszt), i podobnie mnożą się „Noble” z różnych dziedzin: nagrody i prestiżu Szwedzkiej Akademii Nauk zazdroszczą po trosze matematycy, logicy, ale i architekci.
„Noblem architektonicznym” bywa nazywana, odrobinę tylko na wyrost, Nagroda Miesa van der Rohe, ufundowana wspólnie przez fundację imienia tego wielkiego architekta oraz Komisję Europejską. Skoro w rzecz zaangażowana jest – również kapitałowo – KE, wiadomo, że nie mogło obejść się bez odrobiny ‘europolatrii’: nagroda podkreślać ma wkład miejscowych architektów, tryumfy postępu i nowoczesności. Czyni to jednak skutecznie: wśród laureatów, począwszy od roku 1988, znaleźli się najgłośniejsi i najwięksi: Alvaro Siza, Norman Foster, Peter Sumthor, Zaha Hadid. Tym większa była duma, gdy w roku 2015 laur „najwybitniejszej realizacji architektonicznej współcześnie” otrzymała Filharmonia im. Mieczysława Karłowicza w Szczecinie.
Wygląda na to, że historia może się powtórzyć – a nawet jeśli nie, wzniesiona w Polsce budowla znalazła się już w ścisłym finale: jury nagrody doceniło i wyróżniło budynek stołecznego Muzeum Katyńskiego, wzniesionego na warszawskiej Cytadeli. Projekt czynnego od lat 70. Jerzego Kaliny oraz zespołu skupionego w pracowni Brzozowski Grabowiecki Architekci okazał się przekonujący nawet dla grona, które niezbyt wiele wie o supłach i tragediach polskiej przeszłości. Raz jeszcze sprawdza się stara prawda: jeśli chcesz zaciekawić świat, opowiedz swoją, nie cudzą historię.

Zrobieni w diodę

2017-02-20

Gdyby wręczano „Złote Maliny” w kategorii najbardziej przereklamowanego wydarzenia publicznego w tym sezonie, miałabym mocną kandydaturę: tzw. Zimowy Wieczór Światła w warszawskich Łazienkach. Wieczór sponsorowany – napiszmy to, wszak sponsorowi bardzo zależy na rozgłosie – przez PGE.
Idea jest piękna, a jej opis jakby wyszedł spod pióra Stanisława Trembeckiego, pierwszego nadwornego poety epoki stanisławowskiej: „spacerowicze, przemierzając z lampionami historyczne ogrody, mogą zobaczyć, jak z mroku wyłaniają się magicznie oświetlone obiekty letniej rezydencji Stanisława Augusta oraz otaczające je drzewa”.
Zapewne, nie jest winą organizatorów odwilż i fakt, że setki rodzin nie szły po chrzęszczącym śniegu, lecz po mokrym i zasolonym (w Łazienkach?! Niestety, białe bryzgi na butach nie pozwalają na wątpliwości) żwirze. Z pewnością cienie i blaski ładniej kładą się na zaśnieżonych gałęziach niż na zmierzwionym po zimie trawniku.
Ale poza tym… „Magicznie oświetlone”?! Magia, jak wiemy, jest sztuką światłocienia; wie to ró wnież każdy, komu zdarzyło się zobaczyć spektakl typu „Światło i dźwięk”. Nie jest „magią” reflektor, rozjarzający na biało fasadę mijanej po drodze do Pałacu na Wodzie restauracji. Nie jest nim czerwony żarnik diodowy, rozpalający na krwistokarminowo kolejne mijane drzewa. I nie są również magią „arkady” z przymocowanych do drucianego stelażu żaróweczek: w zwieńczeniu stelażu pyszni się kartusz z logo koncernu: „PGE”.
Doprawdy, wydaje się, że tak blisko związany z historią Łazienek termin „Oświecenie” ktoś z prezesów PGE potraktował zbyt dosłownie.

Treking na tory

2017-02-15

Aktywiści miejscy, władze Warszawy i zakorzenieni już w mieście inwestorzy są w stanie zawiązać bodaj taktyczne sojusze: przykładem tego wspólny namysł nad „humanizacją” stołecznego Mordoru, czyli Służewca.
Dzielnica (a właściwie czynni w niej inwestorzy) długo pracowała na swój przydomek: gigantyczne budynki korporacji biurowych, rozjechane trawniki i zdezelowane drogi, żadnej infrastruktury publicznej, już nie na poziomie szkół, przedszkoli i przychodni, lecz bodaj sklepów samoobsługowych i toalet, zdezelowana i niewydolna komunikacja publiczna, co powodowało wielogodzinne korki i oczekiwanie na powrót do domu.
Skutków tej dyktowanej chęcią zysku gorączki nie sposób naprawić w rok, dwa, czy nawet w dekadę, ale powoli podejmowane są próby ograniczania strat. Zła reputacja Mordoru przyczyniła się do spadku cen gruntu (inwestorzy budujący dla biur nie są już zainteresowani), co usiłują wykorzystać deweloperzy zajmujący się budownictwem mieszkaniowym „z wyższej półki”. Władze miejskie, kierując się zaleceniami kilku firm consultingowych, usiłują usprawnić komunikację. A aktywiści miejscy – stawiają na ludzi i zieleń.
Doprowadzenie do zmian komunikacyjnych też pochłania czas: jedne, jak wprowadzenie ruchu jednokierunkowego na istniejących już ulicach i wprowadzenie tam buspasów, można przeprowadzić w ciągu kilku miesięcy. Te budowlane, zwłaszcza, jeśli dotyczą jednej z arterii stolicy (myślę o połączeniu ul. Woronicza ze Żwirki i Wigury, zapowiedzianym przez burmistrza Mokotowa Bogdana Olesińskiego) dokonają się za kilka lat: łatwiej już o przedłużenie uliczki o krotochwilnej nazwie Suwak.
Najciekawsze są jednak pomysły na ucywilizowanie miejsc, które dla wielu stanowią esencję i symbol nieużytków: starych torowisk, pamiątki po „Służewcu Przemysłowym”, na którym każda szanująca się fabryka musiała mieć kilka bocznic kolejowych. Na miejscu magazynów i walcowni stali wyrosły „szklane domy” dla PR-owców, ale bocznice tkwią między nimi, jak tkwiły – z przegniłymi podkładami, zarosłe czarnym bzem i łopianem.
Świetnym pomysłem jest ich niewielki lifting – zdjęcie szyn, wyrównanie nawierzchni, lepsze obsadzenie zielenią – i uczynienie z nich czegoś więcej niż „ścieżek spacerowych”: małych tzw. parków linearnych: osad zieleni, ciszy i ptaków, małych „przecinek” natury w szklano-plastikowym gąszczu.

Wojna domowa w ogródkach działkowych

2017-02-08

No cóż, ta wieczorna wiadomość ekscytuje smakoszy wielkiej polityki, ale i lokalnych patriotów. Rozpoczęcie przez warszawską prokuraturę śledztwa w sprawie możliwości popełnienia przestępstwa przez członków zarządu warszawskiego ratusza – to pobrzmiewa jeszcze odrobine prawniczym żargonem. Ale już dwa i pół miliona złotych łapówki – rozpala wyobraźnię.
Tym ciekawsze to, że działania prokuratury (mocno inspirowanej przez stowarzyszenie Miasto Jest Nasze) krążą wokół kwestii szalenie kłopotliwej do udowodnienia: łapówka bowiem, wedle pierwszych ustaleń prokuratury, miałaby dotyczyć… NIE-uchwalenia planu zagospodarowania miejscowego. Jak udowodnić, że zwłoka nie byłą wynikiem nierzetelności, pospolitego lenistwa, nieszczęśliwych zbiegów okoliczności – a planowanego działania?

W każdym razie – wiadomo, co jest przedmiotem sporu dochodzeń: przez ponad pół wieku skromny, leżący na uboczu teren, jakim są (były…) ogródki działkowe na Saskiej Kępie. Takie same, jak we wszystkich większych miastach Polski: swojskość i camp, zgrzebność i inwencja w jednym. Krzykliwe kolory malowanych starą olejną elewacji i niebiański zapach maciejki. I o takie coś miałaby się przewrócić „niezatapialna” ekipa warszawskiego ratusza, od przeszło dekady zarządzająca terytorium o powierzchni niewiele mniejszej od kilku małych państw, a budżecie zdecydowanie większym?
Otóż tak: takie właśnie tereny kryją obietnice dziesiątków milionów dla zaradnych deweloperów. Przedtem podobne spory wybuchały o Pole Mokotowskie, o ogródki na Bemowie i Mokotowie… By sięgnąć po kalambur tak sięrmiężny, jak gipsowe figurki krasnali w ogródkach: inwestorzy czują zieleń.

Jeśli chcecie zastawić pułapkę na skorumpowane elity samorządowe i deweloperskie – doprowadźcie do licytacji parku, dobrze wam radzę!

Zieleń jako źródło zysków

2017-01-29

Oczywiście – często są to zyski doraźne: wycięcie drzew zwiększa areał, jaki wykorzystać można pod budowę domu, no i w kominku jest czym palić.. Takie refleksje mogłyby jednak posłużyć za wzorzec krótkowzroczności. W dłuższym bowiem trwaniu właśnie inwestycje w tereny zielone i zadrzewienie miast zwiększają zyski: kasy municypalnej, mieszkańców, a bywa, że i indywidualnych inwestorów.
Mieszkańcy, to jasne, zyskują na świeżym powietrzu: więcej tlenu, mniej pyłów – to dosyć prosty aksjomat. Jak się okazuje, zyskują też jednak władze miejskie i kontrolowane przez nie budżety: z wyliczeń władz nowojorskich wynika, że inwestycje z pierwszej półtora dekady XXI w. w zieleń miejską, wynoszące circa 22 mln dol. rocznie, przyniosły oszczędności energii rzędu 28 mln dol oraz zmniejszenie aż o 36 mln dol. odszkodowań za poczynione straty powodziowe, których miasto i stan stale doświadczają.
A inwestorzy? I ci mają szanse. Data mining nie kłamie: dom, gdzie w promieniu od 5 do 15 metrów od fasady rośnie przynajmniej jedno drzewo, sprzedawany jest od 3 do 20 procent drożej niż przeciętna dla porównywalnej powierzchni, często nawet w uważanych za „lepsze” lokalizacjach. To co, czy wystarczająco wysoka stopa wzrostu?

Ta strona używa cookie. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Zamknij