BIURO ARCHITEKTONICZNE: KRAKÓW, WARSZAWA, GDAŃSK, SZCZECIN, WROCŁAW, LUBLIN, POZNAŃ, KATOWICE, BYDGOSZCZ, OLSZTYN
0
Twoja teczka

Nowe technologie

Można przysiąść

2017-07-10

„Bezkrzesłowe krzesło”? Brzmi jak fraszka Morsztyna, gdyby nie fakt, że mebel ten pojawił się w Polszcze w dwieście prawie lat po poetach baroku (wcześniej królowały „karły”, fotele i zydle). A jednak. Po angielsku brzmi to lepiej („The Chairless Chair”) i – właśnie weszło na rynek: pierwszy mebel-niemebel oparty na zasadzie egzoszkieletu do masowego stosowania.

O egzoszkieletach głośno już od jakichś piętnastu lat: najpierw zakładali je supermani na filmach akcji (czasem, jak w przypadku kolejnych bohaterów Marvel Comics, po prostu rodzili się z nimi od razu na rajzbrecie rysownika), potem – komandosi w sekretnych misjach na pustyni, o których donosiła prasa ilustrowana, wreszcie – to był naprawdę wielki przełom – chorzy, dorośli i dzieci, dotknięci łagodnymi formami porażenia mięśniowego lub innymi schorzeniami, fatalnie zaburzającymi motorykę kończyn.

W każdym jednak przypadku stworzenie zewnętrznej powłoki, wyposażonej w system siłowników (hydraulicznych, z elektrycznym wspomaganiem), komputera „pokładowego” z niewiarygodną ilością żyrokompasów i czujników, oraz sprawienie, by wszystko to nie ważyło więcej nad kilkadziesiąt kilogramów przez lata było wyzwaniem, na które mogły sobie pozwolić jedynie budżety scenarzystów, sztabów generalnych i prywatnych klinik.

Egzoszkielet stworzony przez szwajcarską firmę Sapetti przeznaczony jest w pierwszej kolejności dla ciągle niezastąpionych robotników-fachowców wielkoprzemysłowych: montażystów i techników, nadzorujących roboty wykonujących proste czynności, jak spawanie, przenoszenie czy mocowanie, i w związku z tym stale zmuszonych do poruszania się: z miejsca na miejsce, ze ścianki do kanału montażowego, na rusztowanie, do magazynu… Nie wszędzie da się dotrzeć na hulajnodze czy Segway’u: po kilku godziniach nogi odmawiają posłuszeństwa.

„The Chairless Chair” pozwala odetchnąć, odsapnąć, oprzeć się w dowolnym miejscu – przysiadając niejako w powietrzu. Jest chyba kwestią czasu, kiedy sięgniemy poń nie tylko na hali montażowej, ale i na budowie domu jednorodzinnego, i podczas jego sprzątania, i – wreszcie! – w ogródku.

Pełzająca farma

2017-06-28

Zwykle piszę o rozwiązaniach, które moglibyśmy uwzględnić w nowo projektowanym domu, gdyby pozwolił nam na to budżet. Tym razem chcę donieść o rozwiązaniu, na które w najbliższych latach nikt chyba się nie zdecyduje, choć jest szalenie nowoczesne, oszczędne i ekologiczne; zajmuje również naprawdę mało miejsca! A jednak trudno mi sobie wyobrazić masowe poparcie dla postawionej na półce w kuchni rodzinnej hodowli robaków – ściślej, mięsożernych larw muszych – traktowanych jako eko-uzupełnienie rodzinnej kuchni. A takie rozwiązanie oferowane jest właśnie przez firmę Living Farm i jej właścicielkę Katharinę Unger, przebojem podbijając rynek – a przynajmniej wyobraźnię wyższej klasy średniej: w ostatnich dniach zamówiono już przeszło trzysta zestawów „Ula” (Hive).

Pomysł jest prosty: gdyby pani Unger nie studiowała Projektowania Przemysłowego w Instytucie Sztuki Stosowanej w Wiedniu, być może zdobyłaby podstawową wiedzę u polskich wędkarzy, od zawsze hodujących larwy. „Ul” jest bardziej estetyczny, odlany z eko-plastiku i wyposażony w specjalny system wentylacyjny, by oszczędzić kłopotu hodowcom – larwy nadal żerują przede wszystkim na nieświeżym mięsie. Poza tym jednak zasada jest ta sama: wędrują z szufladki do szufladki, od jajeczek do postaci dojrzałej: po dwóch tygodniach wędkarze nadziewają je na haczyk, pani Katharina zaś radzi, by zrobić z nich rizotto. „Ziemniaki, sushi i homary też były kiedyś uważane za pokarm ubogich – pointuje. – Tak naprawdę rzecz jedynie w zmianie nawyków jedzeniowych”.

Sortownica dla świata

2017-06-26

Jeden z problemów, który ciągle jeszcze łączy lewicę i prawicę: sortowanie śmieci, a raczej fakt, że ludzie uparcie nie chcą tego robić, mimo zachęt, kampanii edukacyjnej i okazjonalnych punktów skupu. Mało tego: również wielkie firmy, jak wynika z relacji reporterów i insiderów, stawiają oznakowane kosze, służące sortowaniu na papier, tekturę, metal i szkło, jedynie na pokaz i dla zaspokojenia pozorów: na zapleczu wszystko wędruje do wspólnego kosza. A tymczasem pierścień plastiku wokół nas zaciska się nieubłaganie..
Rozwiązanie? Nie, tym razem nie inżynieria chemiczna: bot (robot), który posortuje śmiecie, zaprojektowany przez fimę SmartRobotics, nie wydaje się jakimś szczególnie zaawansowanym rozwiązaniem. Jeśli to Sztuczna Inteligencja, to z IQ nie przewyższającym 40 punktów. Ot – czujnik, wykrywający zbliżanie się do kosza przybysza, kamera, która koncentruje się na tym, co trzyma on w ręku, wreszcie – program analizujący obraz, który jest w stanie rozróżnić puszkę od ogryzka.
Nie jest to, przyznajmy, wielki triumf ludzkiego umysłu, choć na pewno wymagał dopracowanego oprogramowania. Odrobinę jednak martwi sytuacja, w której ostatecznie kapitulujemy przed ludzkimi słabościami łudząc się, że kolejna (żrąca wszak prąd!) maszyna wszystko załatwi. Tym bardziej, że – nie łudźmy się: zdolności analityczne nowego bota są nader ograniczone, możliwości działania nie ma prawie żadnych, prócz przekierowania konkretnego śmiecia do konkretnej przegródki. A co, jeśli do pudełka po skrzydełkach kurczaka [natłuszczony papier] została włożona zakrętka [plastik], kapsel [korek] i zużyta guma do żucia [nietypowe]? Jedna pociecha: człowiek sortujący śmieci też by tego nie zauważył. A gdyby zauważył – też by zignorował.
Pod tym adresem można obejrzeć śmieciorobota w akcji:
https://www.youtube.com/embed/ghqDwLIzC0Y

Asfalt, co sam się prasuje

2017-06-16

Z dziurami w asfalcie można robić różne rzeczy. Można dworować sobie z nich jako ze „spowalniaczy 3D”. Można – robiła tak przez pewien czas grupa aktywistów miejskich w Anglii – sadzić w nich rośliny, usiłując w ten sposób sprowokować do reakcji władze miejskie. Można też, oczywiście, choć to banalne – łatać je lepszym lub gorszym lepikiem. Zawsze jednak wymaga to kilkuosobowej, posuwającej się krok za krokiem ekipy, zamykającej na kilkanaście godzin pas ruchu.
A może nie? Badacze z Delft University of Technology opracowali technologię wytwarzania samonaprawiającego się asfaltu. Samo? No, na razie jeszcze nie do końca: ale w każdym razie bez ingerencji człowieka.
W asfalcie zatapiane są włókna z drobnych, sprężystych wiórów stali, wychłodzonej w ten sposób, że po rozgrzaniu rozpręża się i wygina w różne strony, niejako „od środka” dynamizując i układając na nowo asfalt. Jest to możliwe już po przejechaniu po pasie uszkodzonego asfaltu maszyny indukcyjnej, która w podobnym trybie jak mikrofala rozgrzewa zatopione w asfalcie stalowe włókna.
Czy to się opłaca? Koszt zatopienia odpowiednio przygotowanych włókien zwiększa cenę asfaltu o jedną czwartą, do tego dochodzą opłaty patentowe i serwisowanie. Ale i tak jest to trzykrotnie tańsze niż klasyczne serwisowanie nawierzchni. A gdyby jeszcze zatopione włókna udało się wykorzystać do transmisji prądu elektrycznego niskiego napięcia, wystarczającego do indukcyjnego ładowania samochodów elektrycznych..

Zasupłany węzeł

2017-06-08

Umiejętność konstruowania skrzyżowań, a szczególnie wiaduktów, od dawna uchodziła za sprawdzian inżynierskiego kunsztu. Ale to, co udało się chińskim drogowcom, naprawdę stanowi solidne wyzwanie dla wyobraźni.
Wiadukt Huangjuewan wzniesiono na obrzeżach miejscowości Chongqing w południowo-zachodnich Chinach. Budowano go od roku 2009, co nie budzi szczególnego entuzjazmu – nawet niektóre polskie autostrady powstawały szybciej! – zanim nie przeczytamy o rozmiarach węzła: ma pięć poziomów i 23 rampy, łącząc osiem szos i pozwalając na płynną zmianę kierunku ruchu.
Chongqing jest jednym z ważnych węzłów logistycznych i produkcyjnych południowych Chin: z pewnością jest w nim co przewozić. Ale jak można się poruszać, mając do wyboru 22 kierunki? Czy w ogóle jest szansa, by kierowcy poradzili sobie z tym wyzwaniem? A piloty automatyczne?
Jak na razie – radzą sobie jedni i drudzy. Liczba pomyłek i zagubieni jest, jak potwierdza policja, minimalna, a roztargnionym dodatkowo dano fory, komplikując budowę jeszcze bardziej i wznosząc tzw. zawrotki, które pozwalają po przejechaniu 1-1,5 km od węzła zawrócić o ponownie próbować szczęścia.
Jeśli chińscy inwestorzy pojawią się w Polsce wraz z Jedwabnym Szlakiem – no cóż, konkurencja będzie duża.

Pointyliści odpadają

2017-05-22

Czy czeka nas nowy sposób malowania fasad, mebli i sprzętów domowych? Może nawet nie tyle „malowania”, co „nadawania im barwy”. Wszystko za sprawą uczonych z Politechniki Duńskiej (Technical University of Denmark, DTU), którzy wynaleźli nowy sposób wykorzystania lasera, odwołując się jednocześnie do biotechnologii.

Wielbiciele natury od stuleci zachwycali się skrzydłami motyli i pawimi ogonami, niemożliwą do osiągnięcia „ludzką ręką” precyzją i delikatnością ich rysunku: od niedawna wiadomo, że mienią się one za sprawą minimalnych różnic w ukształtowaniu ich powierzchni. Podobny efekt ma być osiągalny przy pomocy lasera, opracowanego przez Andersa Kristensena i jego zespół.

By go osiągnąć, uczeni naświetlają przygotowaną uprzednio specjalne podłoże, określane przez nich w żargonie uczelni terminem „metapodłoża”: sporządzane w podobnej technice, jak układy scalone, wypełnione jest one minimalnymi zgrubieniami („wieżami”), o wysokości zaledwie 60 nm, złożonymi z różnych metali ziem rzadkich, z przewagą germanu. Następnie laser, skonstruowany przez Kristensena, naświetla każdą z „wież” promieniem o temperaturze 1000 °C przez kilka nanosekund. Różnica w czasie naświetlania sprawia, że warstwa germanu odkształca się na każdej wieży w różny sposób – a to wystarcza, by inaczej odbijała światło. Krótkie i „chłodne” naświetlanie powoduje, że odbijane od powierzchni światło postrzegane jest jako błękitne, dłuższe i bardziej intensywne sprawi, że powierzchnia postrzegana będzie jako żółto-czerwona. Odpowiednie skalibrowanie i sekwencjonowanie wybłyskó lasera pozwoli odtworzyć właściwie dowolny wzór.

Gęstość rozmieszczenia „wieżyczek” na metapowierzchni sprawia, że przy pomocy lasera na jej centymetrze kwadratowym umieścić można do pół miliona barwnych cętek: pointyliści odpadają! A co więcej – tak stworzone wizerunki będą, owszem, zniszczalne, ale chyba tylko w wyniku spiłowania: nie będzie w każdym razie mowy o blaknięciu. Owszem, w pierwszej kolejności technika ta będzie wykorzystana do tworzenia trwałych „znaków wodnych” i ważnych mikronapisów, gdy się jednak spopularyzuje – z pewnością znajdą się chętni, by umieścić sobie na fasadzie wzór z niepylaka apollo!

Kadry układają klocki

2017-05-15

Wygląda to na zgrabne posunięcie marketingowe, ale czy nie jest czasem rodzajem infantylizacji samej profesji architektonicznej? A może odwrotnie, może idzie o swoiście pojęty egalitaryzm, o to, że „wznosić domy każdy może”? Tak czy owak, pomysł Damiena Murtagha wydaje się być czymś więcej niż zwykłym gadżetem.

Niespełna trzy lata temu jego firma wprowadziła na rynek Arckit – pomyślany jako profesjonalne (a przynajmniej półprofesjonalne) narzędzie pracy architektów, pozwalające im na wznoszenie modularnych, trójwymiarowych przybliżonych modeli swoich projektów w czasach, kiedy praca z nożyczkami, tekturą i klejem okazuje się zbyt pracochłonna, a nie wszyscy jeszcze posługują się równie sprawnie Doodle, czyli połączeniem pisaka i drukarki trójwymiarowej. Błyszczące klocki, umożliwiające dobór różnego rodzaju elementów wykończenia fasad, w skali 1:48, znalazły swoje miejsce na rynku.

Jak się jednak okazało, nowe rozwiązanie – odwrotnie, niż to się dzieje z kolejkami, podbieranymi dzieciom przez tatusiów – zaczęło cieszyć się rosnącą popularnością wśród dzieci. Stąd nowe zestawy: Arckit Cityscale i Arckit Masterplan, oba w pastelowych kolorach, obrastające, jak to zwykle bywa, dodatkowymi opcjami i elementami wyposażenia. Ten pierwszy, prostszy i bardziej kolorowy, przeznaczony jest dla dzieci do lat jedenastu: Arckit Masterplan służyć ma nastolatkom i zawodowcom.

Czy rzeczywiście możliwe jest spotkanie tych dwóch wrażliwości i wyobraźni – i czy to możliwe, że studia architektoniczne tak mało znaczą, że jedyna różnica wiedzy między oboma ‘stanami’ to ta, jak poprowadzić instalacje – a z tym akurat komputery potrafią poradzić sobie całkiem nieźle?

Co ma wisieć…

2017-05-01

W architekturze co i raz pojawiają się pomysły konceptualne, śmiałe, przerysowane – ale Clouts Architecture Office podniosło poprzeczkę naprawdę wysoko. Proponowane przez nich rozwiązanie to… wysokościowiec podwieszony na linie pod satelitę i unoszący się na wysokości od kilkuset do kilku tysięcy metrów.

Aby poradzić sobie z problemem przeludnienia wielkich miast, sięgano już po wiele konceptów. "Latające miasta” dyskutowane były najpierw przez utopistów, potem przez inżynierów. Zawsze jednak, choć wiedziano, że jest to pomysł na przyszłość, starano się zagwarantować ich potencjalnym mieszkańcom minimum decyzyjności: miały to być gigantyczne sterowce, bądź lżejsze od powietrza, bądź wyposażone w samobieżne silniki: czasem jedno i drugie.

Nowojorscy wizjonerzy proponują budowę „klasycznego” wysokościowca – ważącego setki tysięcy ton, zorientowanego wertykalnie – tyle, że podwieszonego do satelity lub asteroidym na którego powierzchni zainstalowano odpowiednio wydajne silniki.

Nowojorscy pomysłodawcy odrobinę bawią się całym pomysłem, przewidując, że skoro cena apartamentów rośnie wraz z ich wysokością, tj. położeniem daleko od ziemi, koszty wynajmu lub zakupu mieszkań w Analemma Tower mają być „tak gigantyczne, że pokryje to w całości koszty budowy”. Jak się jednak wydaje, chętnych może być mniej niż się spodziewano: w istocie, pomijając względy techniczne, nowe budynki mogłyby być zasiedlone wyłącznie przez ludzi w sposób kliniczny wyzbytych lęku przed spadaniem. A skoro tak – nie zagrzali by tam pewnie miejsca zbyt długo.

Weranda zrobiona na drutach

2017-04-20

Ośrodek ITKE czynny na uniwersytecie w Stuttgarcie od lat eksperymentuje z rozwiązaniami architektonicznymi tworzonymi przez roboty, a wykorzystującymi rozwiązania znane z natury. Biomechaniczne to, frapujące, głośne – co jednak poradzę, że najbardziej przypomina to pomysły Hansa Geigera, współtwórcy filmu „Obcy – ósmy pasażer Nostromo”?

Swoją drogą, ciekawie to świadczy o krętych drogach naszej nieświadomości. Nie jestem w swoim dystansie odosobniony: ale też pomysły badaczy i architektów ze Stuttgartu są nietuzinkowe. W tym roku na ważnych targach architektonicznych wystawili 12-metrowej długości pawilon, zbudowany ze 180 metrów włókna szklanego i węglowego, utkany na wzór kokonu, tkanego przez larwy moli. Szara, łuskowata budowla jest ergonomiczna i przestronna – a jednak budzi jakiś trudny do zrozumienia dystans. Podobnie w roku 2014, kiedy to badacze odtwarzali z włókien węglowych wnętrze… brzucha pszczoły.

Jest w tym kokieteria wobec świata nauki, jest próba oswojenia lęków. A jednak stokroć wolałbym, by drony – skoro już muszą być zaprzęgane do prac architektonicznych – naśladowały raczej dokonania człowieka niż stawonogów. Jak tam cyfrowa replika Palazzo Pitti – lub bodaj corbusierowskich „maszynek do mieszkania”?

Lustrzane miasto

2017-04-04

Z jakiej budowli słynie wasze miasto? Z Pałacu Kultury, Wawelu, Dworu Artusa? Jeśli zdarzy wam się podróż do Chin rozglądajcie się uważnie: może wpadniecie za rogiem na fragment swojej małej ojczyzny?
Tego rodzaju ryzyko czeka na nas w każdym mieście chińskim: New York Times pisze o dziesięciu Białych Domach, kilku Sfinksach, czterech Łukach Triumfalnych (prosto z Paryża!) i co najmniej jednej Wieży Eiffela. A jednak najgłośniej o Suzhou, gdzie pięć lat temu wzniesiono… wierną, tyle, że niemal dwukrotnie większą od oryginału kopię londyńskiego Tower Bridge.
Nie sposób, by był tej samej wielkości, co brytyjski praprzodek, skoro zmieścić musiał na swoim grzbiecie pięciopasmową autostradę. Naturalnie, nie ma też mowy o żadnym odtwarzaniu szesnastowiecznych technik budowlanych: lany żelazobeton doczekał się lekkich wyżłobień imitujących cegły. Całość naszpikowania jest instalacjami wod.-kan., okablowaniem i elektroniką, a żeby iluzja byłą pełniejsza, nigdzie nie brakuje pomostów dla turystów i obserwatorów.
Jak się wydaje, mamy do czynienia z pewnym feblikiem ojców pięciomilionowego miasta, którzy wznieśli już nad Wielkim Kanałem, przecinającym metropolię, ponad pięćdziesiąt kopii słynnych mostów, od mostu w Sydney, przecinającego zatokę oceanu, po Most Aleksandra III z Paryża. Jest w tym znak czasu: niewiara w autentyczność i wyjątkowość, przekonanie o potędze cyfrowych kopii – i tylko żałwać można, że w Suzhou nie słyszeli o Kierbedziu.

Ta strona używa cookie. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Zamknij