BIURO ARCHITEKTONICZNE: KRAKÓW, WARSZAWA, GDAŃSK, SZCZECIN, WROCŁAW, LUBLIN, POZNAŃ, KATOWICE, BYDGOSZCZ, OLSZTYN
0
Twoja teczka

Nowe technologie

Pointyliści odpadają

2017-05-22

Czy czeka nas nowy sposób malowania fasad, mebli i sprzętów domowych? Może nawet nie tyle „malowania”, co „nadawania im barwy”. Wszystko za sprawą uczonych z Politechniki Duńskiej (Technical University of Denmark, DTU), którzy wynaleźli nowy sposób wykorzystania lasera, odwołując się jednocześnie do biotechnologii.

Wielbiciele natury od stuleci zachwycali się skrzydłami motyli i pawimi ogonami, niemożliwą do osiągnięcia „ludzką ręką” precyzją i delikatnością ich rysunku: od niedawna wiadomo, że mienią się one za sprawą minimalnych różnic w ukształtowaniu ich powierzchni. Podobny efekt ma być osiągalny przy pomocy lasera, opracowanego przez Andersa Kristensena i jego zespół.

By go osiągnąć, uczeni naświetlają przygotowaną uprzednio specjalne podłoże, określane przez nich w żargonie uczelni terminem „metapodłoża”: sporządzane w podobnej technice, jak układy scalone, wypełnione jest one minimalnymi zgrubieniami („wieżami”), o wysokości zaledwie 60 nm, złożonymi z różnych metali ziem rzadkich, z przewagą germanu. Następnie laser, skonstruowany przez Kristensena, naświetla każdą z „wież” promieniem o temperaturze 1000 °C przez kilka nanosekund. Różnica w czasie naświetlania sprawia, że warstwa germanu odkształca się na każdej wieży w różny sposób – a to wystarcza, by inaczej odbijała światło. Krótkie i „chłodne” naświetlanie powoduje, że odbijane od powierzchni światło postrzegane jest jako błękitne, dłuższe i bardziej intensywne sprawi, że powierzchnia postrzegana będzie jako żółto-czerwona. Odpowiednie skalibrowanie i sekwencjonowanie wybłyskó lasera pozwoli odtworzyć właściwie dowolny wzór.

Gęstość rozmieszczenia „wieżyczek” na metapowierzchni sprawia, że przy pomocy lasera na jej centymetrze kwadratowym umieścić można do pół miliona barwnych cętek: pointyliści odpadają! A co więcej – tak stworzone wizerunki będą, owszem, zniszczalne, ale chyba tylko w wyniku spiłowania: nie będzie w każdym razie mowy o blaknięciu. Owszem, w pierwszej kolejności technika ta będzie wykorzystana do tworzenia trwałych „znaków wodnych” i ważnych mikronapisów, gdy się jednak spopularyzuje – z pewnością znajdą się chętni, by umieścić sobie na fasadzie wzór z niepylaka apollo!

Kadry układają klocki

2017-05-15

Wygląda to na zgrabne posunięcie marketingowe, ale czy nie jest czasem rodzajem infantylizacji samej profesji architektonicznej? A może odwrotnie, może idzie o swoiście pojęty egalitaryzm, o to, że „wznosić domy każdy może”? Tak czy owak, pomysł Damiena Murtagha wydaje się być czymś więcej niż zwykłym gadżetem.

Niespełna trzy lata temu jego firma wprowadziła na rynek Arckit – pomyślany jako profesjonalne (a przynajmniej półprofesjonalne) narzędzie pracy architektów, pozwalające im na wznoszenie modularnych, trójwymiarowych przybliżonych modeli swoich projektów w czasach, kiedy praca z nożyczkami, tekturą i klejem okazuje się zbyt pracochłonna, a nie wszyscy jeszcze posługują się równie sprawnie Doodle, czyli połączeniem pisaka i drukarki trójwymiarowej. Błyszczące klocki, umożliwiające dobór różnego rodzaju elementów wykończenia fasad, w skali 1:48, znalazły swoje miejsce na rynku.

Jak się jednak okazało, nowe rozwiązanie – odwrotnie, niż to się dzieje z kolejkami, podbieranymi dzieciom przez tatusiów – zaczęło cieszyć się rosnącą popularnością wśród dzieci. Stąd nowe zestawy: Arckit Cityscale i Arckit Masterplan, oba w pastelowych kolorach, obrastające, jak to zwykle bywa, dodatkowymi opcjami i elementami wyposażenia. Ten pierwszy, prostszy i bardziej kolorowy, przeznaczony jest dla dzieci do lat jedenastu: Arckit Masterplan służyć ma nastolatkom i zawodowcom.

Czy rzeczywiście możliwe jest spotkanie tych dwóch wrażliwości i wyobraźni – i czy to możliwe, że studia architektoniczne tak mało znaczą, że jedyna różnica wiedzy między oboma ‘stanami’ to ta, jak poprowadzić instalacje – a z tym akurat komputery potrafią poradzić sobie całkiem nieźle?

Co ma wisieć…

2017-05-01

W architekturze co i raz pojawiają się pomysły konceptualne, śmiałe, przerysowane – ale Clouts Architecture Office podniosło poprzeczkę naprawdę wysoko. Proponowane przez nich rozwiązanie to… wysokościowiec podwieszony na linie pod satelitę i unoszący się na wysokości od kilkuset do kilku tysięcy metrów.

Aby poradzić sobie z problemem przeludnienia wielkich miast, sięgano już po wiele konceptów. "Latające miasta” dyskutowane były najpierw przez utopistów, potem przez inżynierów. Zawsze jednak, choć wiedziano, że jest to pomysł na przyszłość, starano się zagwarantować ich potencjalnym mieszkańcom minimum decyzyjności: miały to być gigantyczne sterowce, bądź lżejsze od powietrza, bądź wyposażone w samobieżne silniki: czasem jedno i drugie.

Nowojorscy wizjonerzy proponują budowę „klasycznego” wysokościowca – ważącego setki tysięcy ton, zorientowanego wertykalnie – tyle, że podwieszonego do satelity lub asteroidym na którego powierzchni zainstalowano odpowiednio wydajne silniki.

Nowojorscy pomysłodawcy odrobinę bawią się całym pomysłem, przewidując, że skoro cena apartamentów rośnie wraz z ich wysokością, tj. położeniem daleko od ziemi, koszty wynajmu lub zakupu mieszkań w Analemma Tower mają być „tak gigantyczne, że pokryje to w całości koszty budowy”. Jak się jednak wydaje, chętnych może być mniej niż się spodziewano: w istocie, pomijając względy techniczne, nowe budynki mogłyby być zasiedlone wyłącznie przez ludzi w sposób kliniczny wyzbytych lęku przed spadaniem. A skoro tak – nie zagrzali by tam pewnie miejsca zbyt długo.

Weranda zrobiona na drutach

2017-04-20

Ośrodek ITKE czynny na uniwersytecie w Stuttgarcie od lat eksperymentuje z rozwiązaniami architektonicznymi tworzonymi przez roboty, a wykorzystującymi rozwiązania znane z natury. Biomechaniczne to, frapujące, głośne – co jednak poradzę, że najbardziej przypomina to pomysły Hansa Geigera, współtwórcy filmu „Obcy – ósmy pasażer Nostromo”?

Swoją drogą, ciekawie to świadczy o krętych drogach naszej nieświadomości. Nie jestem w swoim dystansie odosobniony: ale też pomysły badaczy i architektów ze Stuttgartu są nietuzinkowe. W tym roku na ważnych targach architektonicznych wystawili 12-metrowej długości pawilon, zbudowany ze 180 metrów włókna szklanego i węglowego, utkany na wzór kokonu, tkanego przez larwy moli. Szara, łuskowata budowla jest ergonomiczna i przestronna – a jednak budzi jakiś trudny do zrozumienia dystans. Podobnie w roku 2014, kiedy to badacze odtwarzali z włókien węglowych wnętrze… brzucha pszczoły.

Jest w tym kokieteria wobec świata nauki, jest próba oswojenia lęków. A jednak stokroć wolałbym, by drony – skoro już muszą być zaprzęgane do prac architektonicznych – naśladowały raczej dokonania człowieka niż stawonogów. Jak tam cyfrowa replika Palazzo Pitti – lub bodaj corbusierowskich „maszynek do mieszkania”?

Lustrzane miasto

2017-04-04

Z jakiej budowli słynie wasze miasto? Z Pałacu Kultury, Wawelu, Dworu Artusa? Jeśli zdarzy wam się podróż do Chin rozglądajcie się uważnie: może wpadniecie za rogiem na fragment swojej małej ojczyzny?
Tego rodzaju ryzyko czeka na nas w każdym mieście chińskim: New York Times pisze o dziesięciu Białych Domach, kilku Sfinksach, czterech Łukach Triumfalnych (prosto z Paryża!) i co najmniej jednej Wieży Eiffela. A jednak najgłośniej o Suzhou, gdzie pięć lat temu wzniesiono… wierną, tyle, że niemal dwukrotnie większą od oryginału kopię londyńskiego Tower Bridge.
Nie sposób, by był tej samej wielkości, co brytyjski praprzodek, skoro zmieścić musiał na swoim grzbiecie pięciopasmową autostradę. Naturalnie, nie ma też mowy o żadnym odtwarzaniu szesnastowiecznych technik budowlanych: lany żelazobeton doczekał się lekkich wyżłobień imitujących cegły. Całość naszpikowania jest instalacjami wod.-kan., okablowaniem i elektroniką, a żeby iluzja byłą pełniejsza, nigdzie nie brakuje pomostów dla turystów i obserwatorów.
Jak się wydaje, mamy do czynienia z pewnym feblikiem ojców pięciomilionowego miasta, którzy wznieśli już nad Wielkim Kanałem, przecinającym metropolię, ponad pięćdziesiąt kopii słynnych mostów, od mostu w Sydney, przecinającego zatokę oceanu, po Most Aleksandra III z Paryża. Jest w tym znak czasu: niewiara w autentyczność i wyjątkowość, przekonanie o potędze cyfrowych kopii – i tylko żałwać można, że w Suzhou nie słyszeli o Kierbedziu.

Złoty deszcz

2017-03-30

O sztuce kinetycznej wiele się mówi, wydaje się, że swoje najlepsze lata (a przynajmniej najlepszą prasę) miała za Alexandra Caldera, wielu uważa ją za humbug, a przynajmniej rozrywkę dla oczu, niegodną miana Sztuki. A jednak zdarzają się realizacje które mają w sobie zarazem grację i prawdę.
W moich oczach należy do nich „Ruchomy deszcz” (Kinetic Rain), zainstalowany przed niespełna pięciu laty na lotnisku Changi w Singapurze. Wzniesiony został po dwóch latach pracy przez ekipę artystów, inżynierów i programistów z niemieckiej firmy Art+Com, za niemałe, jak głosi fama, pieniądze. Trafił też w kilku kategoriach do księgi rekordów Guinessa – jako najdroższa być może realizacja lotniskowa, a na pewno największa: zajmuje przeszło 75 m.kw., w pełni rozwinięta ma ponad 7 metrów wysokości.
Czym jest „Ruchomy deszcz”? To dwa stalowe rusztowania, na których rozpięto po 608 odlanych z aluminium, złotawych, 180-gramowych, gruszkowatych „kropli”. Każda z nich podwieszona jest stalowym, cienkim drutem do umieszczonego na rusztowaniu wysokowydajnego motoru, który może podnosić ją i upuszczać: dzięki komputerowemu sterowaniu niebłahą liczbą 1216 urządzeń, krople unoszą się i opadają w rytmie, który pozwala tworzyć z nich ruchome kształty: fale, skomplikowane płaszczyzny, a nawet – choć to najmniej do mnie przemawia – kształty konkretnych przedmiotów, od samolotu po motyla.
Balet tysiąca złotych kropel, odbywający się w absolutnej ciszy lub przy cichych dźwiękach fletu – tak, to dobre pożegnanie z Azją lub jej powitanie.

Link do pokazu „Ruchomego deszczu” na YouTube:
https://www.youtube.com/watch?v=cmETioVtRG0

Kołowanie po kole

2017-03-19

Na dobrą sprawę, jeśli wsłuchać się w czasownik „kołowanie”, wydawałoby się, że na ten pomysł można było wpaść już dawno. A jednak: idea kołowego pasa startowego (określanego, mocno PR-owo, ale zgodnie z zasadami geometrii, jako „Endless Runway”, czyli pas startowy o nieskończonej długości) pojawiła się dopiero niedawno, wraz z wzrostem cen gruntów miejskich, ograniczoną wydajnością lotnisk oraz nową wrażliwością ekologiczną – i nadal nie przekonała wszystkich.
A przecież pomysł, najbardziej szczegółowo dopracowany w Holenderskim Instytucie Aeronautyki, wydaje się równie prosty, jak genialny. Po pierwsze, do lądowania na kolistym pasie, opisanym na okręgu o średnicy 3,5 km samoloty mogłyby podchodzić praktycznie z każdego kierunku: oznaczałoby to, że nie istnieje potrzeba lądowania przy niebezpiecznym wietrze bocznym, po wtóre zaś – że w miastach nie pojawiają się „korytarze hałasu”, którymi dzień w dzień podchodzą do lądowania setki maszyn. Co więcej – możliwość kołowania „w nieskończoność” ogromnie upraszcza tryb podchodzenia do startu dla maszyn, które z jakichś względów nie zdołały się wbić w powietrze, chroni przed niebezpieczeństwem „skończenia się pasa”, pozwala też płynnie zmieniać „pasy jezdni” poszczególnym załogom i w zależności od potrzeb – zjeżdżać na najkrótszy pas wewnętrzny, prowadzący do terminali pasażerskich i miejsc postojowych samolotów, bądź też – nabierania szybkości na najbardziej zewnętrznym pasie.
Skoro tak, czemu wszystkie lotniska na świecie nie dokonują rewolucji budowlanej? Nie tylko ze względu na ceny gruntów i rozmiary takiej inwestycji. Nadal trwa debata specjalistów od aeronautyki, zastanawiających się nie tylko nad opłacalnością takiego przedsięwzięcia, ale i nad wygodą i bezpieczeństwem lądowania na odcinku lekko zakrzywiającym się, nie zaś na prostym. To bowiem oznacza, że lotnicy będą musieli mieć większe kompetencje niż obecnie – wprowadzenie samolotu lądującego z prędkością powyżej 100 km / godz. w łagodny nawet zakręt może być dużym wyzwaniem.
A jednak… Wizja czterokrotnie wydajniejszych niż obecnie lotnisk (a to obiecują planiści) robi wrażenie.

Tunel międzymorski

2017-03-14

Wydawało się, że po ostatnich dokonaniach inżynierów, którzy przeborowali Mont Blanc, niewiele już nas zaskoczy. Projekt, który zrodził się w Norwegii, brzmi jednak trochę jak rojenia dziesięciolatków o przekopaniu Ziemi na wylot i – jest realny. U nasady półwyspu Stad na północy kraju powstanie tunel dla statków pełnomorskich o wysokości 33 metrów (od powierzchni wody do sklepienia) i głębokości 12 m. Pływać nim będą statki o wyporności do 16 000 BRT, unikając w ten sposób niebezpiecznych, wyjątkowo burzliwych wód Morza Północnego i oszczędzając przeszło 200 km.
Mniejsza jednak o skrót, najważniejsze jest bezpieczeństwo: u północnych brzegów Norwegii straciło w ostatnich latach życie przeszło stu marynarzy. W tym wyjątkowo uczęszczanym regionie, gdzie ruch zwiększy się jeszcze w związku z otwarciem „północnej drogi morskiej”, fale dochodzą do 15 m.
Jak jednak przebić się przez masyw górski, zaczynając od poziomu morza, otwierając we wnętrzu góry przestrzeń wysokości katedry i pracując cały czas „w wodzie”? Najprawdopodobniej najpierw wydrążona zostanie górna część tunelu, który następnie będzie pogłębiany, z zainstalowanym już prowizorycznym oświetleniem. Drążenie „w wodzie” to bowiem wyzwanie zupełnie innego typu niż kopanie tuneli podwodnych – i podziemnych, jak choćby tunel pod kanałem La Manche.
Kubatura nowego tunelu będzie gigantyczna: Norwedzy już głowią się, jak zużytkować miliony metrów sześciennych granitu, który zostanie wydobyty z wnętrza góry. Inżynierowie głowią się nad regulacją ruchu w obrębie kanału, gdzie mijanie się wielkich jednostek będzie niemożliwe: jak prędko transatlantyki powinny przepływać blisko dwukilometrowy tunel, by w prowadzących doń fiordach nie tworzyły się „kolejki”? My zaś możemy zastanowić się nad tym, jak wyzbyć się całkowicie klaustrofobii, zanim wybierzemy się w rejs tunelem Stad, który ma być ukończony w początkach przyszłej dekady: a co, jeśli w środku nagle zgaśnie światło?

Wszyscy będziemy trolejbusami

2017-03-01

Istnieje jeszcze kilkadziesiąt miast, które szczycą się posiadaniem funkcjonującej, oldschoolowej sieci trolejbusowej (nawet w Polsce „pałąki” jeżdżą w Gdyni, Lublinie i Tychach!), ale do niedawna na świecie trolejbusy, po „złotej epoce” lat 50., kiedy to likwidowano linie tramwajowe, by uniknąć kosztów utrzymania torowiska, i dawnymi trasami puszczano „trajtki”, były w odwrocie. Nadzieja dla trolejbusów pojawiała się kilkakrotnie w związku ze wzrostem cen paliw – ale tak naprawdę rewolucję zapowiada dopiero technologia, jaką zaprojektował izraelski startup ElectRoad: ładowania pojazdów elektrycznych bezpośrednio… z jezdni.
Byłoby to możliwe – właściwie jest, skoro rozwiązanie testowane jest już na ulicach Tel Awiwu! – za sprawą ładowania indukcyjnego. Pomysłodawcy tłumaczą profanom tę technikę, przywołując ładowarki, używane współcześnie do ładowania… elektrycznych szczoteczek do zębów. Samochód potrzebowałby trochę większych styków – pobierałby prąd za pomocą cewki umocowanej do podwozia. Potrzebny był jeszcze system przetwornic napięcia, które przy współpracy z soczewkami regulowałyby napięcie i natężenie w bezprzewodowych ładowarkach – i system byłby gotowy.
Naukowcy zapewniają, że rozwiązanie, choć kosztowne, zwróciłoby się najdalej po kilku latach. Sama instalacja nowego rozwiązania okazuje się stosunkowo łatwa: kilometrowy odcinek jezdni można „zelektryfikować” przy pomocy dwóch wielofunkcyjnych maszyn w jedną noc, wycinając wąski pasek w asfalcie, umieszczając w nim podłużne ładowarki i ponownie przykrywając całość asfaltem.
Zapewne, nie będzie się opłacać takie rozwiązanie na bezdrożach Teksasu czy Syberii – ale w mieście sprawdzić się może doskonale. Pytanie, czy opłaci się nam instalowanie podobnej „ścieżki z ładowarek” po drodze do własnego garażu, czy postawimy na silnik hybrydowy?

Srebrne ułudy

2017-02-27

O bakteriobójczych właściwościach srebra wiadomo od dawna: w dawnych czasach srebrne zastawy cieszyły się popularnością nie tylko ze względu na swoją urodę. Jony srebra rzeczywiście mają poważne działanie eliminujące lub osłabiające wiele grzybów, wirusów i bakterii. Fascynacja jednak możliwościami srebra i łatwością, z jaką można je aplikować w postaci „nano”, tj. rozdrobnionych molekuł dodawanych do dziesiątków preparatów i detali technicznych jest jednak po części jałowa, a poczęsci – groźna i pokazuje, że raz jeszcze wylano dziecko z kąpielą.
Jałowa – bo w przypadku wielu zastosowań jony srebra pozostają nieaktywne bądź wręcz nie utrzymują się w miejscu, gdzie zaplanowano ich działanie. Klasycznym tego przykładem jest dodawanie jonów do tkanin, które miały w związku z tym przejawiać działanie antybakteryjne. Nie idzie przy tym wyłącznie o środki opatrunkowe: nanosrebrem inkrustowano banalne skarpetki męskie, w nadziei, że dłużej uda się je zachować we (względnej) świeżości.
Na równie wielką skalę dokonuje się srebrzenie produktów i rozwiązań należących do szeroko pojętej branży budowlanej: srebrzy się tapety, farby do ścian, kompozytowe konstrukcje łazienkowe (brodziki, umywalki czy sedesy), a nawet wnętrza lodówek.
Sęk jednak w tym, że – po pierwsze – nanocząsteczki srebra trudno jest związać na stałe. Srebrna łyżeczka, choć będzie się wycierać, ma szanse przetrwać setki lat. Nanocząsteczki znikną z klawiatur, ścian i umywalek po kilku latach.
Po drugie – czy rzeczywiście były tam potrzebne? Sterylność, tj. całkowita nieobecność organizmów chorobotwórczych jest pożądana na bloku operacyjnym lub na oddziale położniczym. W życiu codziennym, nawet, jeśli udałoby się ją osiągnąć, osłabia układ odpornościowy, pozbawiając go stymulujących bodźców. Potrzeba jałowości klawiatury i klamki jest dowodem na neurozę.
Po trzecie jednak, i to jest najważniejsze – cząsteczki srebra trafiające na nieznaną dotąd skalę do śroeodiska naturalnego z jednej strony hamują lub blokują rozwój wielu pożytecznych organizmów (zanotowano już przypadki spadku jakości upraw, wiązanej z obecnością koloidowego srebra w wodach gruntowych), a nawet okazują się czynnikiem chorobotwórczym – co jednak jeszcze ważniejsze, ich obecność prowadzi do uodporniania się najgroźniejszych znanych dotąd szczepów bakterii, już od dawna lekoopornych, lecz dotychczas źle reagujących na jony srebra. Sami sobie wytrącamy z rąk potężną broń.
Nie kupujcie brodzika i mydła zawierających nanocząsteczki. Nie warto.

Ta strona używa cookie. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Zamknij