Nowe technologie

Jak ogrzać dom bitcoinami

2017-11-16

Bitcoiny to jedno z tych zjawisk współczesnego świata, które jest jak wododział między pokoleniami, czy może raczej między umysłami wybitnymi, jeśli idzie o rozumienie technologii, a całą resztą. Przypuszczam, że pół wieku temu tak było z satelitami, a 30 lat temu – z komputerami osobistymi. Ci, którzy nie są na bieżąco z informatyką, mają z bitcoinami poważną zagwozdkę: „klucze kryptograficzne” – jasne, szyfrowanie – jasne, ale czy te komputery, które wyliczają kolejne kombinacje cyfrowe, komuś je przekazują? I czy ta kryptografia wykorzystywana jest do przekazów bankowych, czy do szyfrowania maili? I co to znaczy, że się wykopuje?

Pewne jest jedno: że na tym fedrowaniu można nieźle zarobić – i że jest to znacznie pewniejsze niż wygrana w Lotto. Tyle, że wymaga to poważnych nakładów: tu już nie wystarczy, jak działo się przed laty podczas pospolitego ruszenia zwołanego przez NASA, skromny domowy pecet podłączony do sieci: to muszą być potężne jednostki obliczeniowe, dodatkowo podkręcone jak się patrzy!

A kiedy komputer pracuje – to się grzeje, co prowadzi do spadku jego wydajności, a nawet awarii: wiedzą to nawet ci, którzy niewiele rozumieją z bitcoinów. Jak dotąd, inżynierowie od hardware’u doskonalili się w konstruowaniu systemów chłodzących: najpierw mocniejsze wiatraczki, potem chłodzenie olejem czy wodą, ostatnio sięgano nawet po mocno schłodzone gazy..

To znaczy – do chwili, w której na arenę nie wkroczyła syberyjska myśl techniczna. Dwaj ”łowcy bitcoinów” z Irkucka, Ilia Frołow i Dmitrij Tołmaczow, zbudowali układ, którzy wykorzystuje ciepło płynące z komputerów do grzania podłogowego. Za ogrzewanie niewielkiego domku, przy prawdziwie syberyjskich mrozach, płacą – zero. Na bitcoinach zarabiają do 430 dolarów miesięcznie – i zamierzają wszystkie zarobione pieniądze przeznaczyć na wzniesienie w ten sposó kolejnych ogrzewanych w ten sposób budynków, które wynajmować będą – ciepło tu, zacisznie! – za dodatkową opłatą.

Prześwietlenie piramidy

2017-11-03

Brzmi to jak tytuł z popołudniówki, ale nim nie jest: naprawdę, właśnie odkryto nieznane dotąd wnętrze w piramidzie Cheopsa!

Nie wiadomo jeszcze, jakie dokładnie ma rozmiary, nie wiadomo, jaka jest jego zawartość (archeolodzy studzą nadzieje poszukiwaczy skarbów i sekretów: najpewniej mamy do czynienia z „przestrzenią konstrukcyjną”), ale jedno jest pewne: nad Wielką Komorą znajduje się porównywalna pod względem wielkości sala, do której nie dotarły setki ekspedycji!

Jak to możliwe i jak udało się to stwierdzić? Dym, myszy, drony? Nic z tych rzeczy: piramidzie zafundowano prześwietlenie.

To znaczy nie my, ludzie – nawet pieniądze Dubaju i technologia USA nie wystarczyłyby do wzniesienia aparatu rentgenowskiego, który prześwietliłby obiekt o wysokości 134 metrów – lecz kosmos. My tylko zainstalowaliśmy detektory.

Serio. Kosmos, prócz twardego promieniowania, przed którym osłania nas (jak długo?) ziemska atmosfera emituje też miony (ściślej – miony powstają dopiero w górnych warstwach ziemskiej atmosfery, w wyniku rozpadu mezonów), które można wykryć przy pomocy odpowiednich czujników. W ciągu sekundy przez metr kwadratowy powierzchni Ziemi przelatuje nie tak znów dużo mionów - około dwustu. Czyli w ciągu godziny… miesiąca… roku…
Wystarczyło obstawić piramidę Cheopsa kilkoma tysiącami czujników, zdobyć się na chwilę cierpliwości – i zinterpretować różnice w ilości mionów przelatujących przez kamienny stożek na różnych wysokościach i w różnych kierunkach. Mamy komnatę! Pozostaje pytanie – tu już żaden wścibski mion nie pomoże – jak się do niej dostać. A dla projektantów i użytkowników domów jednorodzinnych zaświtała nadzieja na nową technologię pomiaru szczelności wnętrza…

Dlaczego koła ratunkowe musza być brzydkie?

2017-10-31

Bo są tańsze? Nie, socjolodzy sprawdzili: naprawdę nie ma to znaczenia. Bo muszą spełniać różne dodatkowe funkcje, obfitując w wodę, flary i zasobniki? Nie, nie dałoby się to zmieścić. Wygląda na to, że czasem ludzkość ma potrzebę zaprojektowania czegoś niewiarygodnie głupiego. Dość często ma to związek z zapewnieniem bezpieczeństwa.
Najnowszym tego przykładem jest dubajski wynalazek „Smart-palm”, inteligentna ładowarka, zamaskowana w kształcie palmy. Zapewnia ładowanie komórki we wszelkich niemal dialektach, gada, rozsyła uczestników wyprawy w różnych kierunkach; jej posiadaczka ani przez chwilę nie miała „osobowości” lub bodaj „współczucia”, a na wyniki z zakresu modulowania posiadających słuch trzeba chwilę poczekać.
Wszystko dobrze, tylko czemu ta instalacja jest tak szpetna? Liście palmy, kryjące ogniwa fotowoltaiczne, są sztywne, ciężkie i w zjadliwie zielonkawym kolorze. Na pniu wyświetlane są informacje lokalne, w sęczkach - wtyczki. To opowieść jak ze złego dowcipu. Ale może to freudowski sen ojców miasta, którzy marzą o prawdizwych drzewach?

Domek na kurzej nóżce

2017-10-23

Kolejni architekci przymierzają się do wizji świata jeśli nie całkiem zalanego wodami, to takiego, gdzie poziom wód podniesie się w dotkliwy sposób, zmniejszając obszary dostępne do zamieszkania. Jak uporać się z tą sprzecznością? Nie ma tygodnia, żeby nie pojawiały się kolejne projekty “wodnych miast”, stanowiących wyzwanie dla naszych najgłębiej zakorzenionych wyobrażeń miasta, miejskości i mieszkania.

Często są to koncepcje bardzo ogólne, szkice i etiudy wprowadzające w temat: zdarzają się jednak propozycje dopracowane niemal w każdym calu, co nie znaczy, że stają się przez to bardziej realistyczne… Przykładem – włoski architekt i urbanista Luca Curci, specjalizujący się, jak czytamy, w „architekturze luksusowej i futurystycznej”, który wystąpił publicznie z projektem, zatytułowanym szumnie „Pionowe Miasto” (Vertical City).

Pionowe miasto jego autorstwa jest budynkiem o wysokości 180 pięter, usadowionym na poziomie szelfu przybrzeżnego i całkowicie samowystarczalnym energetycznie i żywnościowo: energię mają oczywiście, jak zwykle w tego rodzaju projektach, zapewnić przejrzyste ogniwa fotowoltaiczne, którym ma zostać pokryta cała fasada giganta. Żywność, przynajmniej pochodzenia roślinnego – hydroponiczne uprawy.

Luca Curci rozwodzi się nad możliwością zaprojektowania na poszczególnych piętrach apartamentów różnego rodzaju i standardu (możliwe byłoby m.in. stworzenie ekwiwalentu domu jednorodzinnego), nie zapomina o lądowisku dla helikopterów, ba, formułach prawnych, regulujących wynajem lub zakup. Znacznie powściągliwiej pisze o posadowieniu w dnie fundamentów drapacza chmur, o odporności na dalsze (już po wzniesieniu „Pionowego Miasta”) podnoszenie się poziomu wód czy, bagatela, tsunami. Nam pozostaje zastanawiać się nad możliwością akcji ratunkowej w takim budynku….

Kładka jak spod dyszy

2017-10-21

Drukowanie w 3D coraz częściej uważane jest za ostatni krzyk mody, ba – receptę nie tylko na przyszłość architektury, ale też wszelkiej produkcji. Na razie, w przypadku zarówno architektury jak np. chirurgii sprawdza się, jeśli idzie o drukowanie precyzyjnych elementów bądź szybkie powtarzanie rutynowych czynności i działań (stąd powodzenie np. robotów kładących cegły).

Zdumiewa jednak ekscytacja technologiami druku 3D, gdy zastępują czynności wykonywane mniejszym nakładem sił i środków od dziesięcioleci. Przykładem może być rozgłos, jaki towarzyszył uroczystemu otwarciu.. „pierwszego w świecie mostka rowerowego wykonanego w technologii 3D” w holenderskim miasteczku Gemert, w Brabancji.
Most, który mniej życzliwi nazwaliby pewnie kładką, liczy sobie osiem metrów, przebiega nad potokiem sięgającym budowniczym do pół łydki i nie ma większego znaczenia strategicznego. Prace projektowe rozpoczęły się w lipcu, budowę rozkręcono we wrześniu,zakończono kilka dni temu. Wszystkie moduły mostku uzyskano, nakładając przy pomocy systemu dysz warstwy betonu o grubości do 1 cm. Znakomicie – gdyby nie fakt, że odlanie ich z formy ze sklejki – mniejsza już o formy stalowe czysilikonowe! – trwałoby góra tydzień.

Błysk zebry

2017-10-18

Nowatorski pomysł londyńskiej firmy Umbrellium rzeczywiście może oszczędzić kierowcom mnóstwo czasu w nocy. Wpuszczone w nawierzchnie lampy LED wyświetlać będą odpowiednie oznakowanie pasa jezdni…w zależności od natężenia ruchu. Technologia opracowana przez wynalazców pozwala na imitowanie wszystkich typów oznakowania, ale w pierwszej kolejności pracują oni nad przejściami dla pieszych.

Jak zauważa założyciel firmy, Usman Haque, „koncepcja przejścia dla pieszych w zasadzie pozostaje niezmienna od chwili jej powstania i dopracowania w latach 40. XX wieku. A przecież funkcjonujemy w przestrzeni społecznej w zupełnie inny sposób”.

Wyświetlanie zmiennych wzorów, a właściwie aktywizacja ich lub pozostawienie „normalnej”, czarnej jezdni, służyć ma upłynnieniu ruchu samochodowego w godzinach, gdy ruch pieszych jest nieznaczny – na przykład nad ranem. W godzinach szczytu z kolei obraz z kamer sprzężonych z komputerem sterującym światłami LED może z kolei spowodować czasowe poszerzenie zasięgu pasów, tak,żeby uniknąć na nich tłoku.

Wszystko genialne. Tylko co w przypadku awarii zasilania?

Kapsułka na uspokojenie

2017-09-28

Dom postrzegany jest zwykle jako najbezpieczniejsze miejsce na ziemi; ale co robić, kiedy pojawi się zagrożenie, szczególnie pod postacią potopu, ale także pożaru czy trzęsienia ziemi? Cóż, można trzymać w garażu (lub może w ogródku, byle przycumowaną) kapsułę ratunkową, która może pomieścić od dwóch do 10 osób i jest bliska niezniszczalności.

Kapsułę, nazwaną dla celów handlowych „Survival Pod”, zaprojektowało dwóch inżynierów: Julian Sharpe i Scott Hill, którzy ciężko przeżyli indonezyjskie tsunami, w którym zginęło blisko ćwierć miliona ludzi.

Zaprojektowane przez nich urządzenie nie stwarza może stuprocentowej gwarancji przeżycia w każdych warunkach – gwarancje tego rodzaju są nie w ludzkiej mocy – ale paleta zagrożeń, przed którymi potrafi ochronić, jest imponująca. Wykonana ze stali okrętowej sfera, do której wchodzi się przez zaśrubowywany właz, może osłonić przed walącym się budynkiem, ogniem, promieniowaniem jądrowym, epidemią, zaś w przypadku powodzi czy tsunami – po prostu unieść się na falach. Zapasy pozwalają na przeżycie 10 osób przez pięć dni – oczywiście, możliwa jest również ich bardziej oszczędna dystrybucja. Na kilkadziesiąt osobodni wystarczą też zapasy powietrza.

Kapsułę można już zamawiać w Stanach Zjednoczonych i w Japonii. Może przycumuje i w Waszym ogródku?

Zbuduj sobie lodowiec

2017-09-23

Globalna susza wszędzie zbiera swoje żniwo - szczególnie może w Ladakh, położonym na północy Indii stanie, którego pola zasilane były wodą pochodzącą z topniejących na wiosnę lodowców.
Zawsze było to wyzwanie: wiosną lodowce topniały w szybkim tempie, zalewając, a nieraz znosząc do rzek pola. Pod koniec lata zbiorom groziła susza. Sytuacja jednak jest coraz trudniejsza w miarę, jak topnieją himalajskie lodowce i granica wiecznych śniegów przesuwa się w górę.
Rolnicy od stuleci radzili sobie, gromadząc zapasy śniegu i lodu trochę na kształt "lodowni" staropolskich: zimą zwozili lód z rozległych płaskowyżów góskich w jedno miejsce i okrywali go gałęziami: taki "blok lodowy" topniał zwykle wolniej i szczypta wody zostawała do końca lata.
Nowe rozwiązanie zaproponował jednak Sonam Wangchuk, hinduski inżynier. Polega ono na zamrażaniu zimą, kiedy temperatury na płaskowyżu opadają do -30 stopni, wody płynącej w głębokich,podziemnych strumieniach.
Po odpowiednim nawierceniu terenu i doprowadzeniu wody rurami do postawionej niżej "wieży", woda wypompowywana jest wysoko w powietrze pod odpowiednim kątem. Opadając, zamarza - i powstaje piramida kilkudziesięciometrowej wysokości, podobna kształtem do "stupy", tradycyjnej religijnej budowli buddyjskiej.
Dzięki odpowiedniemu kątowi padania promieni słonecznych,piramida topnieje znacznie wolniej niż położony poziomo blok lodowy: zgromadzonej w ten sposób wody starcza do późnej jesieni.

Trzeba będzie podsypać

2017-09-12

„Gdyby X. zarządzał Saharą, to po tygodniu piasku by zabrakło’ – to znana i wygodna formuła polemiczna, przy czym pod „X” podstawia się nazwisko nielubianego polityka, eksperta od gospodarki czy bankiera. Tyle, że niedługo zdanie to może się okazać naprawdę celne – przy czym pod „X” będzie należało podstawić „ludzkość”.

Naukowcy podnoszą bowiem kolejny alarm: na ziemi zaczyna brakować… piasku! To znaczy oczywiście, nadal można go znaleźć w obfitości na Saharze i innych pustyniach, na dnie mórz, ba, nawet w naszym ulubionym zakolu rzeki. Są piaski fulwioglacjalne i wulkaniczne, eoliczne i pustynne. Tyle, że to ciągle okazuje się zbyt mało jak na gigantyczne potrzeby przemysłu, przede wszystkim budowlanego.

Od tego przecież zaczyna się dowolny „przepis” na budowie: „mieszanka betonowa to mieszanka spoiwa (cement), kruszywa i wody” – uczy każdy podręcznik budowlany. Można budować w technologiach nowych, kosmicznych, antycznych, bez drewna, bez metalu – ale piasek potrzebny jest zawsze. Na jednej budowie zużywa się go zwykle do kilkunastu ton.

Dotąd była to najmniej bolesna pozycja w kosztorysie – ale to może się zmienić. Transport piasku z mniej dostępnych okolic drastycznie pomnaża jego koszty. Jedni decydują się w tej sytuacji na gospodarkę rabunkową, inni na zabór terenów ekologicznych. Czyżby obok „wojen o wodę” w XXI wieku miały wybuchnąć „wojny piaskowe”? Jedyna w tym korzyść taka, że Sudan stanie się potęgą gospodarczą porównywalną z Arabia Saudyjską i przestanie wysyłać miliony uchodźców…

Rower, rower, rower

2017-09-06

Bicykle wracają do łask, ale rośnie i otyłość. Stad pomysł firmy Flexispot, który może warto wykorzystać przy meblowaniu mieszkania?

Kalifornijscy (jakże by inaczej!) wynalazcy, świadomi z jednej strony potrzeby tworzenia większej ilości urządzeń treningowych, z drugiej zaś – koncentracji świata korporacji Zachodu na pracy, wydajności i produktywności stworzyli interesującą hybrydę: Deskcise Pro umożliwia pracę na stojąco przy regulowanym, dostosowywanym do figury i wysokości blacie biurka, a zarazem – oferuje opcje typowego roweru treningowego z wieloma dodatkowymi opcjami, obciążeniami, możliwościami stopniowania wysiłku.

Naprzemienny tryb pracy pozwala na maksymalne zrównoważenie wysiłku większości grup mięśni: praca na stojąco mobilizuje, nie sprzyja akumulacji komórek tłuszczowych i deformacji kręgosłupa, a w potrzebie zawsze można przysiąść – i zrobić, bagatela, wirtualne 20 czy 30 kilometrów.

Byle nie zapędzić się w ten sposób do gabinetu przełożonego. No, chyba, że jest to Ministerstwo Śmiesznych Kroków.

Ta strona używa cookie. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Zamknij